South Rim. Powrót do Kalifornii
mhulboj, wt., 2007-12-25 22:24Wbrew temu, co niektórzy sądzili, nie znajduję się już od dłuższego czasu w US. Podczas ostatniej fazy podróży po US nie miałem czasu (i prądu) by cokolwiek napisać. A później albo mi się nie chciało, albo też miałem inne bardziej palące sprawy do załatwienia. W tym poście zamierzam streścić ostatnie kilka dni zwiedzania w US - które objęło South Rim, San Bernardino Area, LA, Santa Barbara, San Luis Obispo i San Jose. Opowieść będzie dość pobieżna, gdyż nie notowałem wtedy na bieżąco i pozostały tylko mgliste wspomnienia.
O ile dobrze sprawdziłem skończyłem opis na pobycie w North Rim. Po krótkim zwiedzaniu postanowiliśmy udać się dość szerokim objazdem do południowej krawędzi kanionu. W linii prostej było to może 20 mil. Niestety nie dało się samochodem pojechać w linii prostej z powodu braku drogi. Dlatego też musieliśmy pokonać jakieś 200 mil drogi i dokonać szerokiego objazdu Wielkiego Kanionu. Z ciekawostek niestety nie pamiętam już teraz za wiele, a nie mam przy sobie zdjęć, by odświeżyć pamięć. Po wyjechaniu z lasu Kanab, skierowaliśmy się na wschód i szybko znaleźliśmy się w pustynno-skalistej scenerii. Dominowały kolory żółto-czerwone, nazwane przez nas już wcześniej krajobrazem marsjańskim. Przy niektórych ciekawszych formach skalnych zatrzymywaliśmy się, celem zrobienia zdjęć. I tak po pewnym czasie dotarliśmy do Marble Canyon - czyli kanionu rzeki Colorado jeszcze przed Wielkim Kanionem. Nie jest on tak imponujący, jednak mimo wszystko widać, jak woda potrafi wgryźć się głęboko w ziemię i wyrzeźbić sobie koryto. Na drugą stronę rzeki dostaliśmy się mostem Navaho. O ile mnie pamięć nie myli, wtedy też znaleźliśmy się na terytorium rezerwatu indian Navaho. W zasadzie nie zauważyliśmy tu nic ciekawego, poza sporadycznymi barakami, w których można było nabyć wyroby 'regionalne'. W zasadzie żadnych zabudowań, sporadyczne mieszkalne przyczepy campingowe (otoczone kilkoma samochodami i posiadające kilka anten satelitarnych). Dziwna okolica, mieliśmy trochę skojarzeń z Cyganami. Mieliśmy drobny problem ze znalezieniem stacji benzynowej, gdyż przy drodze nie było żadnych znaków wskazujących na ślady cywilizacji (food, gas, itp). W końcu z resztką paliwa, zdecydowaliśmy się odbić ku Tuba City, licząc na znalezienie stacji benzynowej oraz źródła pożywienia (batoniki zbożowe zaczęły już mi bokiem wychodzić). I udało się, znaleźliśmy zarówno stację benzynową, jak i jadłodajnię.
Następnie bez większych już problemów dotarliśmy do południowej części parku narodowego. Przeszkadzał nam po drodze przelotny, niezwykle gwałtowny i intensywny deszcz, który niesamowicie pogarszał widoczność i zmuszał nas do znacznego zredukowania prędkości. Późnym wieczorem (około 23) dotarliśmy do jednego z samoobsługowych pól campingowych nieopodal Desert View. Szybko zaparkowaliśmy, uiściliśmy w automacie opłatę, rozbiliśmy namiot i poszliśmy spać. W nocy rozpętała się kolejna ulewa. Ziemia była tak sucha, iż nie była w stanie przyjąć spadającej z chmur wody, przez co na powierzchni ziemi tworzyły się rwące strumienie wody. Niestety jeden z takich strumieni powstał pod namiotem i niewiele brakowało, by konieczna stała się ewakuacja do samochodu. Na szczęście namiot wytrzymał napór wody i dotrwaliśmy jakoś do rana, kiedy to przekonaliśmy się jak przyjemne może być chodzenie w czerwonym błocie. Niestety cała ziemia dookoła namiotu zamieniła się w czerwoną, lepką maź. Przez to spędziliśmy sporo czasu na czyszczeniu spodniej części namiotu. Plan na dzień dzisiejszy zakładał zwiedzenie atrakcji na południowym krańcu Wielkiego Kanionu a następnie długą jazdę przez pustynny obszar (Arizona, pustynia Mojave) by dotrzeć jak najbliżej do LA. Nie wiem, czy to przez przeciętną, pochmurną i wilgotną pogodę, czy też przez dające powoli o sobie znać zmęczenie, ale nie byłem zbytnio zachwycony południową częścią Wielkiego Kanionu. Do tego, panował tu znacznie większy tłok niż w North Rim (ale i tak mniejszy niż w Yosemite). Po pobieżnym zwiedzeniu miejsc wymienionych w gazetce parkowej, udaliśmy się w dalszą drogę. Jeśli przyjdzie mi przyjechać tu jeszcze raz, to rozważę zwiedzanie kanionu z pokładu helikoptera, gdyż podczas tej wycieczki nie pomyśleliśmy o tym, a poza tym nie mieliśmy dosyć czasu.
I tak powoli dotarliśmy do autostrady międzystanowej numer 40, która to bardzo mile nas zaskoczyła dość liberalnym ograniczeniem prędkości. Niestety nie było nam dane nacieszyć się szybszą jazdą, a to ze względu na nagłe załamanie pogody. Kolejne sto mil pokonaliśmy dość żółwim tempem, osiągając w porywach prędkość 40 mil na godzinę. Winę za ten stan rzeczy ponosił niesamowicie intensywny deszcz, który ograniczał widoczność do kilkunastu metrów. Ponadto gruba warstwa wody na powierzchni drogi nie ułatwiała wcale nam jazdy. Jakby tego było mało, to co rusz wyprzedzały nas gigantyczne ciężarówki, sunące ze znacznie większą prędkością. Ich problemy z widocznością i deszczem tak nie dotknęły, gdyż kabina kierowcy jest tam wyżej, zaś same pojazdy znacznie są cięższe. W końcu jednak nastąpiła poprawa pogody i po rozpogodzeniu mogliśmy obejrzeć jakie szkody wyrządził ten krótki deszcz. Po obydwu stronach drogi pola zostały zalane, zaś puste miniaturowe (kilka metrów) kaniony wypełniły się rwącą wodą. W miejscowości Kingman urządziliśmy mały postój w celu odpoczynku i dożywienia, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę - wjeżdżając z powrotem do Kalifornii. Od razu zauważyliśmy dwie rzeczy - ostrzejsze ograniczenie prędkości oraz zmianę pogody - na bardziej gorącą i pustynną. Jechaliśmy dalej ku LA południową krawędzią pustyni Mojave, urządziliśmy niewielki postój w jednym z zajazdów, ale nie zdecydowaliśmy się na szukanie miejsca, gdzie kiedyś znajdowała się słynna budka telefoniczna (kto nie wie, to odsyłam do Wikipedii oraz... X-files).
Gdy dzień zaczął się mieć ku końcowi, zaś my powoli dojeżdżaliśmy do miejscowości Barstow, ponownie (jak codziennie) zająłem się dokładnym określaniem miejsca na nocleg. Mój wybór padł na okolice San Bernardino - okolice jezior (Big Bear Lake). Po krajobrazie pustynnym była to dla nas spora odmiana - pojawiła się zieleń oraz góry. Podjazd do Big Bear City okazał się dość kręty i stromy (tak, że nasz samochód zaczął nam dawać do zrozumienia, że dobrze by było wyłączyć klimatyzację). Na górze czekała nas niespodzianka. Otóż część z jezior występujących na mapie wyglądała na małe i mizerne kałuże. Zapewne była to zasługa cieþłego lata. Znaleźliśmy pole kempingowe i rozbiliśmy namiot. Przez chwilę rozważaliśmy możliwość wycieczki nad jedno z 'niewyschniętych' jezior, lecz w końcu zmęczeni daliśmy sobie spokój.
Jak widać nie wszystko jeszcze opisałem... Należy spodziewać się jeszcze jednego wpisu o tematyce wycieczki.

