North Rim - Grand Canyon
mhulboj, czw., 2007-09-06 16:49Jak już pisałem, nocleg minął dość burzliwie i mieliśmy nawet przez chwilę zamiar ewakuować się do samochodu. Jednak po pewnym czasie deszcz zelżał, pozostały tylko irytujące grzmoty i błyski. Ale rano powitała nas przepiękna pogoda, doskonała do wysuszenia namiotu, który po wystawieniu we wschodnią stronę wysechł prawie momentalnie. Ze względu na troche spartańskie warunki przy umywalkach zeszłego wieczoru, zdecydowałem się skorzystać z prysznica. Na szczęście posiadałem 6 ćwiartek dolara, gdyż inaczej miałby pewne problemy z uzyskaniem strumienia ciepłej wody. Uzupełniłem zapasy wody, gdyż zakupiona jeszcze w Roseville Powerade była już prawie na wyczerpaniu. Jakość wody z kranu wydaje się być tutaj dobra, i od dłuższego czasu służy ona awaryjnie do gaszenia pragnienia (zwłaszcza w Dolinie Śmierci). Ponadto pożywiłem się jedzeniem, na które ledwo już mogłem patrzyć - czyli batonikami zbożowymi. Tym razem otwarło mi się pudełko z batonikami z polewą z peanut buttera - wersja bardziej kaloryczna i pożywna, ale nie nadająca się do przechowywania w wyższych temperaturach. W końcu spakowaliśmy namiot, karimaty, śpiwory i ruszyliśmy w drogę - gdyż od krawędzi kanionu dzieliło nas około 60 mil.
Okolica w świetle dziennym lekko nas zaskoczyła. Poprzedniego dnia wieczorem nie byliśmy w stanie tego zauważyć przez panujące ciemności oraz stres związany z niepewną pogodą. Otóż wcale nie odczuwało się faktu przebywania na wysokości prawie 3000m. Co więcej okolica dalece odbiegała od naszego wyobrażenia okolicy 'okołokanionowej'. Otóż jak okiem sięgnąć, mogliśmy zobaczyć las. I co ciekawsze był to pierwszy od dłuższego czasu las mieszany jaki dostrzegliśmy w US. Teren był równinny, i w okolicy nie widać było najmniejszego śladu dziwnych form skalnych, czy też chociażby nawet czerwonych skał. Droga do North Rim urozmaicona była przejazdem przez malownicze łąki, przypominające odrobinę zwykłe hale. Widać też było spustoszenia dokonane przed kilku laty przez szalejący w okolicy pożar. Zgliszcza i kikuty spalonych drzew straszą po dziś dzień, ale mimo to widać, iż roślinność niższych warstw lasu bujnie się odradza.
Aż w końcu dotarliśmy do celu. Osada turystyczna North Rim rzuciła nam się w oczy już z daleka, ze względu na wypchane samochodami parkingi oraz sporą ilość różnych domków kampingowych. Pondato w końcu ujrzeliśmy na skraju parkingu urwisko i coś co mogło przypominać Kanion w oddali. I w rzeczy samej, płaski jak dotąd kawał lądu urywał się nagle i ukazywał dość ciekawy przekrój geologiczny. Najpierw udaliśmy się do informacji turystycznej, gdzie nie dowiedzieliśmy się w zasadzie nic nowego, ponad to co wynieśliśmy z gazetki otrzymanej w campgroundzie Lake Jacob. Zaopatrzyłem się tu w całkiem ładne kartki pocztowe (gdyż podczas podróży wysyłałem pokaźne ilości widokówek). Spojrzeliśmy na mapę, i stwierdziliśmy, iż w pierwszej kolejności udamy się do położonego nieopodal Bright Angle Point, z którego powinien roztaczać się widok na sporą część kanionu, a następnie szlakiem Transept Trail. Przeszliśmy przez budynek pełniący rolę hotelu i restauracji i oczom naszym ukazał się Wielki Kanion w całej swojej okazałości. Dla leniwych Amerykanów przygotowano nawet fotele w budynku hotelu, by mogli bez wychodzenia na dwór podziwiać wspaniały widok. Mnie osobiście najbardziej zdziwiła stosunkowo duża ilość roślinności na skałach kanionu, gdyż zawsze wyobrażałem sobie kanion jako gołe skały (zapewne efekt głupich kreskówek, gdzie grafikom nie chciało się dopracować szczegółów). Widok niesamowity, trudny do opisania i dobrego oddania na zdjęciach, ale jednak, mimo tego, nie powalający na kolana. Być może efekt nadmiaru wrażeń (Yosemite, Zion)? Albo denerwujące bandy turystów kręcące się po okolicy? Albo efekt zmęczenia? Trudno powiedzieć.
W oddali widać było południową krawędź kanionu. Położona była ona wyraźnie niżej od naszej i widać było, iż klimat tam, jest znacznie bardziej suchy. Roślinność wydawała się inna, i byłem prawie pewny, iż nie zastaniemy po drugiej stronie lasu mieszanego, lecz tylko różne formy roślin iglastych, będących bardziej odporne na suche warunki. Pogoda była w miarę dobra i nie widać było śladów nocnego deszczu. Niestety przejrzystość powietrza nie była najlepsza i widać było jakiś rodzaj dziwnej mgły (tablice nam później wyjaśniły, iż w kanionie zbiera się duża ilość zanieczyszczeń, nawiewanych znad Kalifornii i Arizony). Na skraju przepaści znajduje się pokaźna ilość skalnych półek, które kuszą by na nie wejść. W kilku przypadkach nie oparłem się pokusie i zrobiłem trochę zdjęć. Zgodnie z przewidywaniami, z Bright Angel Point roztaczał się interesujący widok na okolicę. Po napatrzeniu się na widoki, zdecydowaliśmy się kontynuować zwiedzanie - idąc tym razem Transept Trail. Trasa była znacznie mniej uczęszczana przez turystów, ale równie widokowa jak do Bright Angel Point. Momentami prowadziła przez las mieszany (bardziej iglasty, niż liściasty) i trudno było znaleźć jakikolwiek element odróżniający ten las (na krawędzi kanionu) od jakiegokolwiek innego lasu. Powietrze wypełnione było aromatyczną i intensywnie pachnącą wonią żywicy. Jednak po przejściu mniej więcej połowy szlaku, zdecydowaliśmy się wracać. Skłoniły nas do tego groźnie wyglądające, ciemne chmury i sporadyczne grzoty wyładowań atmosferycznych. W North Rim mieliśmy jeszcze kilka miejsc do zwiedzenia i chcieliśmy wykorzystać dobrą pogodę do podziwiania widoków.
Po powrocie do North Rim wysłałem kartki pocztowe oraz pożywiłem się jakimś kawałkiem pizzy, a następnie zapakowaliśmy się do naszego dzielnego samochodu i ruszyliśmy ku kolejnym punktom widokowym. W odległości kilkunastu mil znajdowała się punkty widokowe: Roosvelt Point, Cape Final, Walhalla Overlook oraz Cape Royal. Na każdym z tych punktów zatrzymaliśmy się, gdyż widoki były ciekawe, a do tego skały na skraju przepaści wyglądały zachęcająco. Przy okazji widzieliśmy też strażników leśnych i strażaków w akcji, gdy dokonywali kontrolowanego wypalania lasu (co jest naturalnym cyklem rozwoju lasu). Każdemu odwiedzającemu North Rim, polecam odwiedzenie wspomnianych punktów widokowych, gdyż jest to na prawdę niezapomniany widok. Będąc przy ostatnich punktach widzieliśmy ciemne chmury kotłujące się nad przeciwległą ścianą kanionu, i pęki błyskawic uderzające w krawędź. Dodatkowo, usłyszeliśmy panią strażnik, mówiącą, iż deszczowo-burzowa pogoda jest tu na porządku dziennym, i należy uważać, by nie dać się zaskoczyć. Mieliśmy nadzieję, iż dnia następnego, podczas naszego zwiedzania południowej krawędzi trafimy na ładną pogodę.
W końcu, zdecydowaliśmy się ruszyć w podróż do południowej krawędzi kanionu. W linii prostej do drugiego brzegu kanionu nie jest zbyt daleko. Można nawet pokonać tą trasę idąc szlakiem turystycznym. Niestety, jeśli chce się na drugą stronę przedostać samochodem, to sprawy nie wyglądają aż tak dobrze. Trzeba pokonać całkiem spory dystans jadąc przez dzikie i wyludnione tereny stanu Arizona. Trasa pokazana jest na mapce z Google'a.
View Larger Map

