Blogi

South Rim. Powrót do Kalifornii

Wbrew temu, co niektórzy sądzili, nie znajduję się już od dłuższego czasu w US. Podczas ostatniej fazy podróży po US nie miałem czasu (i prądu) by cokolwiek napisać. A później albo mi się nie chciało, albo też miałem inne bardziej palące sprawy do załatwienia. W tym poście zamierzam streścić ostatnie kilka dni zwiedzania w US - które objęło South Rim, San Bernardino Area, LA, Santa Barbara, San Luis Obispo i San Jose. Opowieść będzie dość pobieżna, gdyż nie notowałem wtedy na bieżąco i pozostały tylko mgliste wspomnienia.

North Rim - Grand Canyon

Jak już pisałem, nocleg minął dość burzliwie i mieliśmy nawet przez chwilę zamiar ewakuować się do samochodu. Jednak po pewnym czasie deszcz zelżał, pozostały tylko irytujące grzmoty i błyski. Ale rano powitała nas przepiękna pogoda, doskonała do wysuszenia namiotu, który po wystawieniu we wschodnią stronę wysechł prawie momentalnie. Ze względu na troche spartańskie warunki przy umywalkach zeszłego wieczoru, zdecydowałem się skorzystać z prysznica. Na szczęście posiadałem 6 ćwiartek dolara, gdyż inaczej miałby pewne problemy z uzyskaniem strumienia ciepłej wody. Uzupełniłem zapasy wody, gdyż zakupiona jeszcze w Roseville Powerade była już prawie na wyczerpaniu. Jakość wody z kranu wydaje się być tutaj dobra, i od dłuższego czasu służy ona awaryjnie do gaszenia pragnienia (zwłaszcza w Dolinie Śmierci). Ponadto pożywiłem się jedzeniem, na które ledwo już mogłem patrzyć - czyli batonikami zbożowymi. Tym razem otwarło mi się pudełko z batonikami z polewą z peanut buttera - wersja bardziej kaloryczna i pożywna, ale nie nadająca się do przechowywania w wyższych temperaturach. W końcu spakowaliśmy namiot, karimaty, śpiwory i ruszyliśmy w drogę - gdyż od krawędzi kanionu dzieliło nas około 60 mil.

IMG_3513

I całkiem normalna droga. Niewiarygodne, iż kilkanaście mil na południe znajduje się Wielki Kanion.

Okolica w świetle dziennym lekko nas zaskoczyła. Poprzedniego dnia wieczorem nie byliśmy w stanie tego zauważyć przez panujące ciemności oraz stres związany z niepewną pogodą. Otóż wcale nie odczuwało się faktu przebywania na wysokości prawie 3000m. Co więcej okolica dalece odbiegała od naszego wyobrażenia okolicy 'okołokanionowej'. Otóż jak okiem sięgnąć, mogliśmy zobaczyć las. I co ciekawsze był to pierwszy od dłuższego czasu las mieszany jaki dostrzegliśmy w US. Teren był równinny, i w okolicy nie widać było najmniejszego śladu dziwnych form skalnych, czy też chociażby nawet czerwonych skał. Droga do North Rim urozmaicona była przejazdem przez malownicze łąki, przypominające odrobinę zwykłe hale. Widać też było spustoszenia dokonane przed kilku laty przez szalejący w okolicy pożar. Zgliszcza i kikuty spalonych drzew straszą po dziś dzień, ale mimo to widać, iż roślinność niższych warstw lasu bujnie się odradza.

Ku North Rim - Arizona, Utah, Zion National Park

Ostatnia już część opisu dnia, który w większości spędziliśmy w samochodzie i którego pokonaliśmy wiele setek mil, odwiedzając 4 stany. Podczas tego fragmentu podróży dotarliśmy w okolice North Rim, i zwiedziliśmy (przypadkiem) przepiękny Zion. W późnych godzinach popołudniowych zdegustowani Las Vegas, zdecydowaliśmy się ruszyć na północny wschód, ku Arizonie i Utah. Nie mieliśmy jasno sprecyzowanego punktu docelowego, a wiedzieliśmy, że dojechać do samego North Rim raczej nie damy rady. Ponadto nie byliśmy pewni czy miałoby to sens, gdyż była wtedy pełnia sezonu wakacyjnego, zaś nam wydawało się, iż Wielki Kanion będzie oblężony w podobnym sensie co Yosemite - więc ceny będą wysokie i będą problemy ze znalezieniem sensownego noclegu. Postanowiliśmy jechać i w godzinach wieczornych poszukać jakiegoś motelu lub campgroundu.

Wyjazd z Las Vegas zajął nam odrobinę czasu, a to ze względu na spore korki. Pomimo ogromnej ilości wielopasmowych autostrad, tłok panował spory, zaś samochody posuwały się w dość wolnym tempie około 25 mil na godzinę. Wraz z oddalaniem się od 'centrum' co raz więcej samochodów zjeżdzało w różne zjazdy i inne autostrady i powoli droga pustoszała. Po wyjechaniu z miasta ujrzeliśmy krajobraz do którego już zdążyliśmy się przyzwyczaić - czyli piasczysta pustynia, niewielkie kępki roślin i góry skaliste w oddali. Tym razem jednak było w tym widoku coś niepokojącego. Daleko przed nami ujrzeliśmy gigantyczne złowrogie chmury i coś na kształt błysków piorunów. Niestety niewiele mogliśmy na to poradzić, jak tylko zastanawiać się, czy trafimy w jakąś wielką burzę i jechać przed siebie. W Nevadzie panują liberalniejsze ograniczenia prędkości na autostradach, dlatego też mogliśmy legalnie poruszać się z prędkością 75mph, co skutkowało jazdą z prędkością około 85mph, wymuszoną (presja psychiczna) przez wszystkie pozostałe pojazdy.

Ku North Rim - przejazd przez Las Vegas

Niestety nie znajduję zbyt wiele czasu by skompletować i poskładać w całość notatki z mojego pobytu w US. Dziś, w przerwie między zgłębianiem tajników nowoczesnego programowania w C++ i odpoczywaniem, udało mi się wygospodarować odrobinę czasu i umieścić dalszy opis jednego z dni, który spędziliśmy w większości w samochodzie - jadąc z Doliny Śmierci do North Rim. Jest to kontynuacja wpisu.

Kolejnym ważnym punkcie na naszej trasie było miasto hazardu i rozpusty - Las Vegas. Jadąc z Soshone, kolejnym miastem na mapie, już w stanie Nevada było dość znane z różnych filmów (przynajmniej Wiki tak mówi) miasto Pahrump (mapa). Według Wikipedii i przewodnika, w tym mieście, aż do lat 60 ubiegłego stulecia nie było usług telefonicznych, ani żadnych dróg asfaltowych do innych miast. W miarę zbliżania się do Las Vegas, drogi stawały się szersze, zaś ruch intensywniejszy. Kierowcy tutaj wydają się jeździć bardziej agresywnie niż w Kalifornii, ale może to tylko nam się wydawało. W okolicach czegoś, co wydało się mi dalekimi przedmieściami dostrzegłem dosyć standardowy widok - wielki plac budowy, gdzie powstają kolejne rządki ciasno upakowanych domków z tektury. Teoretycznie w tym klimacie niewiele więcej chyba potrzeba, ale struktura takiego domu wydaje mi się doskonałym siedliskiem dla wszelkiego rodzaju robactwa i insektów (choć tektura zapewne jest nasączona jakimiś 'nietoksycznymi' środkami chemicznymi zabijającymi wszelkie ustrojstwa na miejscu). Miasto przecina kilka autostrad, my zaś nie mieliśmy zbyt jasnego pomysłu na to, w którą stronę się udać, by trafić na główną ulicę miasta. Wiedzieliśmy tylko, że po zwiedzaniu Las Vegas, musimy udać się na północ, w kierunku stanu Arizona i Utah.

IMG_3410

A to już dalekie przedmieścia Las Vegas. Amerykanie budują swoje domki w dość zwartej zabudowie. Do tego z tektury...

Ku North Rim - wyjazd z Doliny Śmierci

Nocowanie w Dolinie Śmierci było całkiem przyjemne. Odrobinę ciężko się spało z powodu panujących temperatur, ale za to nocne spacery po pustyni były doskonałą rekompensatą. Kolejnym plusem było to, iż namiot był cały czas całkowicie suchy, a to ze względu na bardzo suche powietrze, które porywało wszelkie ślady wilgoci. Policzyłem, iż w ciągu nocy musiałem wypić co najmniej 2l ciepłej wody z kranu by ugasić pragnienie. Rano wstałem około godziny szóstej i spędziłem trochę czasu na spacerze po okolicy. Niemcy wstali odrobinę przede mną i zaczęli się szykować do dalszej podróży. Ich kolejny cel częściowo pokrywał się z naszym - Las Vegas, my zamierzaliśmy jednak tylko odrobinę czasu poświęcić na zwiedzanie miasta, gdyż naszym głównym celem było North Rim Grand Canyonu.

IMG_3368

I już się powoli zbieramy.

Nocleg u bram piekieł w Dolinie Śmierci

Rankiem, po wycieczce na Half Dome, wstałem około godziny 9, Ryszard trochę wcześniej. Niestety różne moje mięśnie i stawy, normalnie nie przyzwyczajone do większych wysiłków dawały lekko o sobie znać. Był to w zasadzie przyjemny rodzaj bólu poza odciskami - które pęknięte bardzo irytowały. Dlatego też zdecydowałem się nie zakładać ciężkich butów, lecz tylko lekkie klapki, by nie zagotować zbytnio stóp. Spakowałem swoje rzeczy i zaniosłem do samochodu, po czym udałem się na niewielkie zwiedzanie okolic Curry Village. Jak przystało na miejsce dla turystów, znajdował się tu spory sklep o nazwie 'gift shop', w kŧórym można było kupić zarówno pamiątki jak i różne artykuły spożywcze. W tymże sklepie poprzedniego dnia kupiłem sobie wieczorem, po powrocie z Half-Dome dwie kanapki z ogromną ilością jakiegoś znośnego mięsa oraz lody. Dziś zaś, kupiłem również kanapki, gdyż punkt w którym serwuje się śniadania/obiady/itp, był akurat zamknięty (śniadania tylko do 10 rano). Skorzystałem z budki telefonicznej, by zadzwonić do Asi, u której był już późny wieczór, zjadłem kanapkę i usiadłem sobie w cieniu, by czekać na Ryszarda, który wyruszył na poszukiwanie kościoła w okolicy. Przyjrzałem się też wstępnie mapie, nie mając zbyt jasnego pomysłu, co do tego, gdzie będzie nasz następny nocleg. Wiedzieliśmy, że chcemy jechać do Grand Canyonu, niestety nie mieliśmy zbytnio sprecyzowanego planu - czy interesuje nas West, North czy South. Podczas pobytu w Roseville planowaliśmy udać się do najbliżej położonego Grand Canyon West, ale zacząłem zmieniać zdanie, gdyż znacznie więcej ciekawych miejsc kryło się w dwóch pozostałych miejscach (odległych o kilkaset mil dalej).

Half Dome

Dzień zaczął się wcześnie. Zdenerwowani sprawdziliśmy, czy na skrzynkach z jedzeniem oraz samochodzie nie ma misiowych śladów. Na szczęście nic nie było. Dlaczego to takie ważne? Otóż, jeśli taki niedźwiedź zniszczy samochód z powodu zostawienia w nim żywności (a zdarza się to tu około 100 razy w roku, należy wziąć poprawkę, że misie często śpią w zimie, więc dni/nocy kiedy są aktywne nie ma zbyt dużo), to po pierwsze nie dostaniemy pieniędzy z ubezpieczenia, po drugie zapłacimi karę do 5000$. Więc mimo narzekania należy zostawić food paranoia mode on. Obozowisko wygląda zupełnie inaczej w świetle dziennym. Nie wiem czy jest to jednak lepsze światło - widać po prostu kolejne dziwne konstrukcje na lekko zalesionym kawałku terenu. Można dostrzec sporą liczbę Amerykańskich campingowców, którzy rankiem wyciągają tony żywności ze schowków, by rozpocząć dzień od śniadania, które zapewne by jeszcze za obiad starczyło. W obozie można dostrzec dużą ilość wiewiórek, które nie boją się turystów, wykradają im na wszystkie sposoby pozostawioną żywność i robią się równie grube co ich przypadkowi darczyńcy. Wiewiórki były wręcz opasłe i znacznie większe od tych, które widzieliśmy w górach w obszarze Tahoe, a jest to raczej ten sam gatunek.

Zdjęcia

Droga do Doliny Yosemite

Dziś rano po przebudzeniu się (po raz pierwszy po budziku), zauważyłem pod drzwiami oprócz codziennej gazety, rachunek za pobyt w hotelu. Właśnie do dzisiaj mieliśmy przez HP opłacony pobyt w Roseville i w końcu przyszedł czas wyjazdu. Do samochodu zapakowaliśmy mnóstwo toreb i reklamówek, cały nasz bagaż (którego co najmniej połowę stanowiły rzeczy zakupione już tutaj). Następnie dokonaliśmy check-outu - czyli przyszliśmy i oddaliśmy karty do pokoju i na tym się skończyło. W pracy dziś mieliśmy dwa spotkania podsumowujące o charakterze burzy mózgów. Udało mi się wygospodarować trochę czasu na to, by zadzwonić do Asi, u której były już późne godziny wieczorne. Po lunchu (który był bardzo sycący) musieliśmy chwilę odpocząć, aby jedzenie się odrobinę ułożyło. Drukowaliśmy w tedy z Google Maps różne mapy dojazdu (Yosemite, Grand Canyon, San Diego) oraz kupiliśmy dużą porcję znaczków na listy. Znaczki okazują się przydatne, gdyż w większości ciekawych miejsc bez problemu można kupić ładne pocztówki, zaś znaczki są towarem trudno dostępny. W końcu pożegnaliśmy się z Danem - naszym opiekunem w ProCurve, a następnie udaliśmy się do naszego ekonomicznego wehikułu na parkingu. Zastaliśmy dość niemiła niespodziankę w postaci kłebowiska mrówek na tylnym siedzeniu. Wobec tego, nastąpiła drobna zmiana planów i udaliśmy się jeszcze do WalMarta po środek owadobójczy. Wybór był całkiem spory (co ciekawe w dziale z żywnością) i wybrałem jakiś z preparatów typu 'non-toxic' 'instant kill' (nazwa jest specyficzną sprzecznością). Jednak instant kill okazał się działać znakomicie i po wywietrzeniu samochodu i wyrzuceniu zdechłych mrówek postanowiliśmy przyjąć do wiadomości cześć dotyczącą 'non-toxic'.

Zdjęcia

Notatka tymczasowa - żyję.

Przez ostatnie kilka dni przeprowadzałem operację ekspresowego zwiedzania południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych. Od ostatniego piątku przejechaliśmy ponad 2500 mil, 4 stany, kilka parków narodowych, nocowaliśmy m.in. na opuszczonym campgroundzie w Dolinie Śmierci, podczas niesamowitej burzy w pobliżu północnej krawędzi Wielkiego Kanionu, następni w wielkiej burzy i ulewie w pobliżu południowej krawędzi. Najciekawsza jednak była Dolina Śmierci, gdzie spotkaliśmy w opuszczonej łazience czarną wdowę, gdzie myłem się wodą z węża z kranu, która była bardzo ciepła (pomimo, iż 'była zimna'), gdzie lipiec jest najcieplejszym miesiącem w roku, gdzie już o szóstej rano było 38 stopni. Kolejne noclegi to okolice jezior nieopodal San Bernardino, a dziś jakiś campground nad Pacyfikiem (między autostradą stanową nr 1 a torami kolejowymi, po których śmigają zarówno pociągi towarowe, jak i Amtrak).

Więcej postaram się opisać po zakończeniu podróży, gdy będzie więcej czasu, gdyż teraz jest już późno, kończy się bateria w laptopie, zaś internet wziął się przypadkiem z powietrza i może w każdej chwili zniknąć.

Kolejne dni w Roseville

Poniedziałek, wtorek i środa zleciały bardzo szybko, tak że prawie tego nie zauważyłem. Zapewne spowodowane to było zmęczeniem po weekendowej wyprawie oraz dość ciasnym upakowaniem zadań w ciągu dnia. A mój dzień wygląda zazwyczaj tak:

  • 7:00 - Pobudka.
  • 7:10 - 7:55 - Śniadanie (jakieś gofry i krojony melon) oraz rozmowa z Asią przez jabbera.
  • 7:55 - 8:15 - Szykowanie się do wyjścia do pracy.
  • 8:15 - 8:35 - Dojazd do pracy.
  • 8:35 - 17:30 - Praca, szkolenia, dyskusje w HP.
  • 17:30 - 20:00 - Zakupy w okolicznych sklepach
  • Odpoczynek, układanie i oglądanie nowo kupionych rzeczy, planowanie dalszych zakupów.
  • Stworzenie wpisu na bloga z ostatnimi wiadomościami i obserwacjami.
  • Szykowanie się do spania, przygotowanie rzeczy na następny dzień do pracy.
  • Rozmowa z Asią przez jabbera.
  • Spanie.

Weekendowa wycieczka. Lake Tahoe, Sierra Nevada (IV)

Noc okazała się dość ciepła, wyspałem się też w miarę porządnie. Nowo nabyty śpiwór i karimata okazały się w pełni spełniać pokładane w nich oczekiwania. Budzik ustawiliśmy na godzinę siódmą rano, by w miarę jak najszybciej wyruszyć na Mount Tallac (2967m). Według moich wstępnych obliczeń wykonanych w pamięci na podstawie mapy, na prośbę Ryszarda, który chciał wiedzieć czy zdąży pójść do kościoła, oszacowałem, iż z powrotem na parkingu powinniśmy być o godzinie 14, o ile narzucimy sobie dość ostre tempo. Szybko zjedliśmy śniadanie (obrzydliwe już teraz batoniki energetyczno-zbożowe), złożyliśmy namiot i sprzęt campingowy i ruszyliśmy czym prędzej na parking przy początku Mount Tallac Trailhead. Parking był już trochę zatłoczony, na szczęście na wychodzenie w dzień w obszar Desolation Wilderness nie ma żadnych ograniczeń co do ilości wycieczek. Zaparkowaliśmy samochód, zabrałem ze sobą 2l Powerade oraz 3l wody (bazując na doświadczeniach ze zużyciem płynów dnia poprzedniego), obrzydliwe batony oraz wysmarowałem się cały (jak mniemałem) kremem z filtrem.

IMG_3112

Wiewiórka na szczycie Mount Tallac.

Weekendowa wycieczka. Lake Tahoe, Sierra Nevada (III)

Za Tahoe City droga 89 ponownie zmienia się w krętą trasę opinającą okoliczne góry w bliskiej odległości (w poziomie) do jeziora. Droga objeżdża całą zatokę Emerald Bay, zaś w jej najdalej położonym w kierunku lądu miejscu znajduje się spora ilość parkingów. Z parkingów można udać się stromą ścieżką nad wodę, bądź też na punkt widokowy lub w okoliczne góry (np. Eagle Falls, czy prawie 3000m Mt Tallac). Parking położony najbliżej zatoki był w pełni zajęty, dlatego też zmuszeni byliśmy pojechać na parking w okolicy punktu widokowego, z którego można podziwiać zarówno zatokę, jak i okoliczne szczyty. Z powodu wybrania innego parkingu, nie zdecydowaliśmy się na schodzenie do zatoki, gdyż zajęłoby to zbyt wiele czasu.

IMG_3045

A to jedyna wyspa na jeziorze Tahoe. Położona w Emerald Bay.

Wśród turystów na punkcie widokowym spotkaliśmy nawet Japończyków relizujących zapewne wycieczkę pod hasłem "Kalifornia w tydzień". Poprosili mnie o zrobienie im kilku zdjęć. Nie mogłem się jakoś przełamać i sprawdzić moją znajomość Japońskiego w praktyce. Z punktu widokowego widać jak na dłoni Fannette Island, która jest jedyną wyspą na powierzchni jeziora. Na owej wyspie znajdują się ruiny "Tea House" - pochodzenie ani przeznaczenie tego budynku nie jest mi znane. Kolejnymi elementami krajobrazu wartymi uwagi są okoliczne góry, porośnięte niewielką ilością drzew i traw. Góry te wydają się bardzo wysokie i są takie w rzeczywistości, gdyż od powierzchni wody do najwyższego szczytu jest ponad 1000m. W tym miejscu zaczął w naszych głowach rodzić się plan wejścia na najwyższy szczyt w okolicy - Mount Tallac. W bezpośrednim sąsiedztwie Emerald Bay znajduje się sporo campgroundów, te położone najbliżej były jednak zajęte. Dlatego też zdecydowaliśmy się jechać dalej ku informacji turystycznej położonej kilka mil na wschód.

IMG_3050

Droga jest kręta i zawiera kilka hairpin turn'ow (a jak to jest po polsku?)

Weekendowa wycieczka. Lake Tahoe, Sierra Nevada (II)

Już po naszej wycieczce zorientowaliśmy się, iż przegapiliśmy jedeną z ciekawszych tras. Mianowicie jadąc z Sacramento w kierunku Truckee autostradą miedzystanową nr 80 przejeżdza się przez przesmyk Donner Pass na wysokości ponad 2000m. A o czym w związku z tym zapomnieliśmy? O tym, iż zamiast widokową trasą 80, można pojechać znacznie starszą, bardziej stromą, krętą i malowniczą drogą - historyczną autostradą nr 40. Owa droga jest fragmentem Lincoln Highway, która jest pierwszą transkontynentalną autostradą przez Stany Zjednoczone. Podobno jazda tamtędy jest niezwykle ciekawa, choćby ze względu na tzw. hairpin turn'y. Przejazd przez tamte okolice (Donner Pass, Yuba Pass, itp) w zimie może być prawdziwym wyzwaniem, gdyż są to obszary gdzie występują największe opady śniegu w całym US. Według wikipedii przeciętnie spada tu ponad 10m śniegu, zimowe wichury osiągają 100mph, zaś temperatura może spadać poniżej 40℃. Nic dziwnego, iż konieczna jest jazda w łańcuchach. No, ale niestety przegapiliśmy możliwość przejechania trasą 40, i podczas tego pobytu możliwość przejazdu raczej się nie powtórzy.

IMG_3002

Przed nami Sierra Nevada. Droga zaczyna obfitować w strome podjazdy i zjazdy. Ponadto zwężyła się do tylko dwóch pasów.

Weekendowa wycieczka. Lake Tahoe, Sierra Nevada

I jestem juz w chłodnym, klimatyzowanym pokoju w hotelu po weekendowej wyprawie w część pasma Sierra Nevada, a dokładniej okolic jeziora Tahoe. W ostatecznym rozrachunku nie odwiedziliśmy wszystkich miejsc, które planowaliśmy zobaczyć (wypadło Reno), ale i tak jestem niesamowicie zadowolony z wypadu. Obejrzeliśmy niesamowite, zapierające dech w piersiach krajobrazy, przejechaliśmy ponad 300 mil malowniczo położonymi autostradami (o różnicy wysokości ponad 1.5km), przeszliśmy pieszo w górach ponad 10 mili każdego dnia oraz widzieliśmy powszechne w Kalifornii (Bear Country) niedzwiedzie. Zyskałem sporo opalenizny pomimo wysmarowania kremem z filtrem (zapewne przez mocne słońce, piekące równie niemiłosiernie na szczytach gór, jak i nad jeziorami), zebrałem dwa niewielkie odciski, muszę wymyć buty (gdyż nie nadają się do wyjścia) oraz uprać trochę ciuchów i czapkę. Ponadto wypiłem sporo płynów - każdego dnia prawie 2 galony wody oraz Powerade, z czego większość została oddana do otoczenia w postaci potu. W tym wpisie postaram się opisać odrobinę naszą wycieczkę, a dalsze szczegóły pojawią się zapewne później, gdy nie będe zmęczony. Zdjęcia pojawiać się będą tutaj.

Czytanie literatury i zakupy

Na szczęście każdy kolejny dzień jest miłym zaskoczeniem w pracy, gdyż zagadnienia, którymi się zajmujemy stają się ciekawsze. Być może to naturalne, gdyż z ogółów przechodzimy do szczegółów i odkrywamy różne ciekawostki. Dzień upłynął na kolejnych rozmowach, poznawaniu różnego sprzętu i firmware'u, na czytaniu różnych publikacji (dobrze, że cały czas mam dostęp do baz naukowych przez bibliotekę PW, bo z CERNu ściąganie artykułów jest również możliwe, ale procedura jest odrobinę bardziej skomplikowana od kliknięcia). Ponadto przetrawiłem kilka dokumentów RFC, troche kodu w C oraz Perlu. Apropo Perla, to jak widzę, nie ucieknę przed językiem potworem, z którym od czasów studiów nie chciałem mieć wiele styczności. Ale o dziwo, teraz już mnie nie Perl nie odstrasza, wydaje się kolejnym narzędziem do realizowania określonych celów (zaś inne języki do innych celów). Ponadto przejrzałem możliwości kilku przenośnych bibliotek do obsługi spraw związanych z siecią w C++ (np. POCO). Dobrze wrócić ze świata Javy do świata C++ i przypomnieć sobie wszystkie (no, nie wszystkie) związane z nim ciekawostki. Tak będąc przy okazji języków, od dłuższego czasu przyglądam się z ciekawością językowi D, który jest całkiem ciekawym re-engineeringiem C++.

IMG_2998

Kolejna porcja zakupów. Duży pomarańczowy pokrowiec to śpiwór, mniejszy pokrowiec to samopompująca się karimata, wielka czerwona książka to mapa topograficzna północnej Kalifornii. Ponadto ubrania - lniana bluza, spodnie bawełniane oraz krótkie spodnie.

Subskrybuj zawartość