Nocleg u bram piekieł w Dolinie Śmierci

The answer you entered to the math problem is incorrect.

Rankiem, po wycieczce na Half Dome, wstałem około godziny 9, Ryszard trochę wcześniej. Niestety różne moje mięśnie i stawy, normalnie nie przyzwyczajone do większych wysiłków dawały lekko o sobie znać. Był to w zasadzie przyjemny rodzaj bólu poza odciskami - które pęknięte bardzo irytowały. Dlatego też zdecydowałem się nie zakładać ciężkich butów, lecz tylko lekkie klapki, by nie zagotować zbytnio stóp. Spakowałem swoje rzeczy i zaniosłem do samochodu, po czym udałem się na niewielkie zwiedzanie okolic Curry Village. Jak przystało na miejsce dla turystów, znajdował się tu spory sklep o nazwie 'gift shop', w kŧórym można było kupić zarówno pamiątki jak i różne artykuły spożywcze. W tymże sklepie poprzedniego dnia kupiłem sobie wieczorem, po powrocie z Half-Dome dwie kanapki z ogromną ilością jakiegoś znośnego mięsa oraz lody. Dziś zaś, kupiłem również kanapki, gdyż punkt w którym serwuje się śniadania/obiady/itp, był akurat zamknięty (śniadania tylko do 10 rano). Skorzystałem z budki telefonicznej, by zadzwonić do Asi, u której był już późny wieczór, zjadłem kanapkę i usiadłem sobie w cieniu, by czekać na Ryszarda, który wyruszył na poszukiwanie kościoła w okolicy. Przyjrzałem się też wstępnie mapie, nie mając zbyt jasnego pomysłu, co do tego, gdzie będzie nasz następny nocleg. Wiedzieliśmy, że chcemy jechać do Grand Canyonu, niestety nie mieliśmy zbytnio sprecyzowanego planu - czy interesuje nas West, North czy South. Podczas pobytu w Roseville planowaliśmy udać się do najbliżej położonego Grand Canyon West, ale zacząłem zmieniać zdanie, gdyż znacznie więcej ciekawych miejsc kryło się w dwóch pozostałych miejscach (odległych o kilkaset mil dalej).

Gdy Ryszard wrócił, przedstawiłem mu swoje wątpliwości i podzieliłem się planem, by jechać do Grand Canyon North, zatrzymując się na nocleg przed Doliną Śmierci lub przed Las Vegas. Jako, że byłem głównym nawigatorem podróży oraz planerem tras, Ryszard zgodził się, by jechać dalej, po to, by zobaczyć więcej. Z Doliny Yosemite wyruszyliśmy przed godziną 12. Pierwszym punktem było dojechanie krętą górską drogą, zwaną Tioga Pass do jeziora Mono. Przed wyjazdem na drogę 120, nieopodal posterunku rangerów, znajduje się jedyna w okolicy (kilkudziesięciu mil) stacja benzynowa, na której zatankowaliśmy jakieś 10 galonów benzyny (po cenie około 3.5 - czyli turystycznej, gdyż normalnie tankowaliśmy za około 3). Droga wiodła przez znacznie rzadziej uczęszczaną i mniej turystycznie zagospodarowaną część Parku Narodowego Yosemite. W kilku miejscach widzieliśmy niewielkie puste campgroundy, początki szlaków, niezbyt pełne parkingi. Wynika z tego, iż główna aktywność turystyczna skupia się w przygotowanej pod turystów dolinie. Dziksza część jest zaś mniej oblegana, przez co wydała mi się o wiele bardziej atrakcyjna. Minęliśmy kilka niesamowitych punktów widokowych, z których widać było m.in. Half Dome i dolinę. Droga wiła się co raz wyżej, tak że skończyliśmy na wysokości ponad 3000m, dookoła malowały się wyższe góry, zaś okoliczna przyroda była bardziej zielona niż poprzednio. Panował też przyjemny chłód - jednym słowem doskonałe miejsce na odpoczynek od cywilizacji i spędzenie kilku dni na relaksie. My niestety nie mogliśmy sobie pozwolić na ten luksus, więc pojechaliśmy dalej, ku stromemu, wielomilowemu zjazdowi, gdzie dość intensywnie testowane były hamulce w naszym samochodzie (zaś u podjeżdżających chłodzenie).

IMG_3288

Half Dome

W oddali ukazało się nam ogromne jezioro Mono. Jest to położone na ok. 2000m silnie alkaiczne i hipersłone jezioro pochodzenia wulkanicznego (gdzie aktywność wulkaniczna ciągle trwa). Ponoć tworzy ono ciekawy ekosystem, niestety nie mieliśmy zbytnio czasu by się mu dokładnie przyjrzeć, gdyż skręcaliśmy na południe, na drogę 395. Urządziliśmy sobie mały detour, by zwiedzić okolice June Lake (drogą zwaną June Lake Loop), gdzie pomiędzy górami, znajduje się kilka jezior będących centrum sportów wodnych. Ponadto znajduje się tu spora ilość nieźle wyglądających posiadłości, które w dużym stopniu blokują dostęp do jeziora. Ale jest to raczej zaleta, gdyż każdy dba o swój kawałek, zaś i tak publiczny dostęp do jeziora jest w pewnych miejscach zapewniony.

IMG_0499

Najwyżej położona część Parku Yosemite, wzdłuż Tioga Pass.

Przy okazji jazdy na południe, mogliśmy obserwować jak okoliczna sceneria zmienia się z zielonej w szaro-żółtą, jak znikają drzewa, a pojawia się roślinność stepowo-pustynna. Najdobitniejszym tego zwiastunem było pojawienie się dziwnie wyglądających kaktusów. Droga zaczęła wyglądać też jak na różnych znanych nam amerykańskich filmach - długi, aż po horyzont kawałek asfaltu, otoczony z obydwu stron pustynią. Oczywiście uwieczniłem to na zdjęciach. Niestety temperatury na zewnątrz samochodu były dość nieprzyjazne zwykłemu człowiekowi, dlatego nie spędzaliśmy zbyt wiele czasu na dworze, lecz chroniliśmy się w przyjemnym chłodzie klimatyzacji.

IMG_0531

Pustynny krajobraz.

Stosunkowo późno dojechaliśmy do miejscowości Lone Pine, z której to odbija droga w kierunku Doliny Śmierci, a którą dalej można dojechać do Las Vegas. Wtedy też zaczął w mojej głowie kiełkować pewien pomysł. Na mapie zauważyłem, iż w Dolinie Śmierci jest kilka campgroundów, więc stwierdziłem, iż ciekawym pomysłem może być rozbicie tam namiotu i przenocowanie. Droga do Doliny Śmierci to pasmo stromych zjazdów i podjazdów (są znaki zalecające wyłączenie klimatyzacji), dosyć często rozmieszczonych zbiorników z wodą do chłodnic, itp. Przed wjazdem do gór opasających Dolinę Śmierci, należy przejechać przez wyschnięte (okresowe) słone jezioro. Na górze jest dość ciekawy punkt widokowy, z którego można się rozkoszować tym marsjańskim krajobrazem. Na dole pojawiają się też ostrzeżenia o tzw. flash floods - czyli nagłych powodziach spowodowanych opadami (ziemia jest zbyt sucha by przyjąć wodę). Przy punkcie widokowym widzieliśmy dwa wielkie kruki czekające na zachód słońca w cieniu zbiornika z wodą do chłodnic. Ptaszyska nie wykazywały żadnego zainteresowania nami - pewnie dlatego, że nie byliśmy padliną. Chcieliśmy też samochodem podjechać do krawędzi urwiska, drogą gruntową, niestety nasz Saturn ma za niskie zawieszenie do takiej zabawy - więc zrezygnowaliśmy.

IMG_3341

Zbiornik z wodą do chłodnic.

Po przejechaniu przez jezioro, rozpoczęliśmy kolejną wspinaczkę na góry okalające dolinę. Nasz samochód dawał sobie całkiem dzielnie radę, choć czasem kombinacja cruise control i automatycznej skrzyni biegów dawała dziwne efekty w postaci budzenia 'sportowego ducha' w wehikule. Po pewnym czasie zauważyłem pierwszy z campgroundów. Zatrzymaliśmy się przy nim, by zbadać sytuację i miejsce od razu przypadło mi do gustu. Campground wyglądał na opuszczony, nie było tu żywej duszy, poza zatrzymującymi się co jakiś czas RV, w celu schłodzenia silnika (albo hamulców, zależnie od kierunku jazdy). Sam campground był po prostu kawałkiem pustyni wysypanym żwirem, na którym znajdowało się 10 stanowisk do rozbicia namiotu oraz stoły i ławeczki. Ponadto kilkadziesiąt metrów dalej znajdowały się opuszczone budynki toalet oraz kran z wodą. W toaletach teoretycznie powinien być prąd - gdyż były gniazdka i lampy, niestety nie udało nam się go wykryć w gniazdkach. Kran wyposażony był również w wąż, co znacznie mogło ułatwić ewentualne mycie. Obozowisko znajdowało się jeszcze stosunkowo wysoko - około 2000 stóp nad poziomem morza. Ponadto odnaleźliśmy starą tablicę informacyjną Parku Narodowego i wzięliśmy gazetkę przewodnik. Z przewodnika dowiedzieliśmy się, iż Emigrant Camp jest jedynym czynnym campgroundem w promieniu kilkudziesięciu mil (w tej porze roku, kiedy nie jest zalecane zwiedzanie doliny śmierci, ze względu na najwyższe temperatury - typowo 46 stopni), zaś kilkanaście mil dalej znajduje się sklep i chatka rangerów. Przez chwilę rozważaliśmy względy bezpieczeństwa - czyli czy bezpiecznie jest nocować na takim pustkowiu, po czym zdecydowaliśmy się pojechać dalej - do chatki rangerów zasięgnąć informacji. Następna osada (sklep, campground, motel) znajdowała się znacznie niżej - na poziomie morza, i panował tu nieziemski upał (pomimo późnej wieczornej godziny).

IMG_3353

Opuszczone budynki w pobliżu campgroundu. Tam spotkaliśmy czarną wdowę.

W sklepie dowiedzieliśmy się, iż pobliski motel jest nie czynny w okresie letnich upałów, zaś najbliższy campground to rzeczywiście Emigrant Camp. Zdecydowaliśmy się wrócić i rozbić namiot. W świetle reflektorów naszego samochodu rozbiliśmy namiot. Karimata okazała się niezbędna, ale nie ze względu na kamieniste podłoże, ale na jego bardzo wysoką temperaturę. Śpiwór nie wydawał się konieczny, gdyż temperatura przekraczała 30 stopni i wiał ciepły wiatr. Gdyby nie wszystkie pustynne ustrojstwa (skorpiony, węże, itp.) najlepszym rozwiązaniem byłoby spanie na ławce, pod gołym niebem. Gdy rozbijaliśmy namiot, pojawili się jeszcze jedni amatorzy opuszczonych i darmowych campgroundów. Była to dwójka Niemców przemierzających od kilku miesięcy Amerykę Północną (poczynając od Alaski). Jeden podróżował na motorze, drugi zaś kupionym samochodem. Wyglądali na prawdziwych obieżyświatów. Mycie poszło całkiem sprawnie, pomimo braku kranu z ciepłą wodę, na jej brak nie można było narzekać. Otóż nie było możliwości uzyskania zimnej wody, gdyż nie ważne jak długo by leciała woda, cały czas miała temperaturę powyżej 40 stopni. Jako, że ruch na pobliskiej drodze można scharakteryzować kilkoma samochodami na godzinę i fakt pobytu na totalnym odludziu, nie trzeba było specjalnie chować się z myciem.

Z iściem spać długo zwlekaliśmy, gdyż po pierwsze temperatura była nie sprzyjająca (nawet pomimo zaprawy w mieszkaniu przez pewien czas na południowej ścianie akademika Riviera), zaś po drugie noc była ciekawa. Niebo było niesamowicie gwiaździste, pomimo pełni księżyca. Dzięki światłu wschodzącego księżyca, cała okolica nabierała zupełnie innego wyglądu niż za dnia. Podczas pobytu w takich temperaturach, jak tu, należy pić dużo wody, gdyż podczas godziny upału można wypocić nawet ponad 1.5 litra wody. Dlatego dość często kursowałem między namiotem a kranem (niestety z ciepłą wodą) z wodą pitną. Ponadto jeden z Niemców pokazał nam ciekawe zwierzątko żyjące w opuszczonych toaletach (z których mimo wszystko, często korzystają przejeżdzający turyści). Była to ni mniej ni więcej, tylko Czarna Wdowa. Nie mamy wątpliwości, gdyż w wielu miejscach napisane jest, iż to zwierzątko można spotkać w tej okolicy, ponadto czarne ciało z czerwonawym znamieniem na odwłoku nie pozostawiało wątpliwości. Stwierdziliśmy, iż lepiej nie korzystać z toalet, gdyż oprócz czarnych wdów, znajdują się tam również ich toksyczne pajęczyny. W nocnym świetle widzieliśmy przemykające w mroku kształty różnych zwierzątek, które korzystając z chłodniejszej pory wyszły spod ziemi. Jeszcze z godzinę czasu spędziliśmy na rozmowie z niemieckimi podróżnikami, by w końcu udać się spać. Mimo upału i konieczności częstych wizyt przy kranie z wodą, spało się całkiem dobrze. Ponadto, w namiocie nie było ani śladu wilgoci, ze względu na gorące i suche powietrze.

IMG_3355

Nie ma prądu, nie ma WiFi, nie ma GSM...

Około godziny drugiej w nocy, podczas napełniania butelki z wodą, wpadłem na pomysł by udać się do pobliskich zabudowań, gdzie o ile dobrze pamiętałem znajdowała się budka telefoniczna. W Szwajcarii była wtedy godzina 11, więc akurat mógłbym porozmawiać sobie z Asią. Niestety - budka okazała się nieczynna, jak większość rzeczy w tym opuszczonym przybytku. Mimo wszystko, wycieczka w świetle księżyca przez pustynię była ciekawym przeżyciem. Mówiąc w skrócie - mogę z pełnym przekonaniem, polecić każdemu nocleg w dziczy Doliny Śmierci. Jeśli ktoś chce mieć dostęp do wody pitnej oraz ubitego kawałka gruntu, to polecam Emigrant Camp. Jeśli ktoś ma zapasy wody i pragnie zasmakować prawdziwej dziczy - to może rozbić namiot w dziczy (nie bliżej niż 100m od naturalnego ujęcia wody, jeśli akurat takowe się trafi). O tym, iż można rozbić namiot w dziczy, dowiedzieliśmy się później z gazetki. Ale i tak nie zdecydowaliśmy się na to, gdyż nasz samochód nie nadaje się do pokonywania tras innych niż porządne drogi oraz mieliśmy tylko kilka galonów wody ze sobą.

Nad ranem, obudziło mnie światło wschodzącego światła oraz podnosząca się temperatura. Niemcy mieli termometr (gdyż nasz głupi samochód nie miał aż takiego zaawansowanego wyposażenia) i około godziny 6:00 było już 38 stopni Celsjusza. Podczas noclegu w dolinie, wypisałem również optymistyczne kartki do znajomych z wymienieniem czarnych wdów i innych pustynnych ustrojstw.

Dodaj nową odpowiedź

Please solve the math problem above and type in the result. e.g. for 1+1, type 2.
Zawartość tego pola nie będzie udostępniana publicznie.