Weekendowa wycieczka. Lake Tahoe, Sierra Nevada
I jestem juz w chłodnym, klimatyzowanym pokoju w hotelu po weekendowej wyprawie w część pasma Sierra Nevada, a dokładniej okolic jeziora Tahoe. W ostatecznym rozrachunku nie odwiedziliśmy wszystkich miejsc, które planowaliśmy zobaczyć (wypadło Reno), ale i tak jestem niesamowicie zadowolony z wypadu. Obejrzeliśmy niesamowite, zapierające dech w piersiach krajobrazy, przejechaliśmy ponad 300 mil malowniczo położonymi autostradami (o różnicy wysokości ponad 1.5km), przeszliśmy pieszo w górach ponad 10 mili każdego dnia oraz widzieliśmy powszechne w Kalifornii (Bear Country) niedzwiedzie. Zyskałem sporo opalenizny pomimo wysmarowania kremem z filtrem (zapewne przez mocne słońce, piekące równie niemiłosiernie na szczytach gór, jak i nad jeziorami), zebrałem dwa niewielkie odciski, muszę wymyć buty (gdyż nie nadają się do wyjścia) oraz uprać trochę ciuchów i czapkę. Ponadto wypiłem sporo płynów - każdego dnia prawie 2 galony wody oraz Powerade, z czego większość została oddana do otoczenia w postaci potu. W tym wpisie postaram się opisać odrobinę naszą wycieczkę, a dalsze szczegóły pojawią się zapewne później, gdy nie będe zmęczony. Zdjęcia pojawiać się będą tutaj.
Przed godziną ósmą rano opuściliśmy nasz hotel w Roseville. Zabraliśmy ze sobą sporo wyposażenia, głównie jedzenie (batoniki z ziarnami zbóż, banany) oraz picie (pokaźne ilości wody mineralnej, Powerade i innych świństw). Ponadto ubrania na zmianę (na następny dzień), namiot, spiwory (ja swój kupiłem dzień wcześniej), karimaty (również), odrobinę map z trasami dojazdu z Google Maps (tak, teraz już można uzyskać porównywalne informacje z ViaMichelin). Skierowaliśmy się autostradą międzystanową nr 80 na wschód do naszego pierwszego przystanku - zjazdu Cisco Grove. Autostrady w US są wyśmienite (na niektórych nawierzchnia jest trochę zużyta, ale szerkość drogi i ilość pasów rekompensują niedogodność) i jazda po nich to przyjemność (sprowadza się do oglądania widoków i naciskania przycisków + i - by jechać szybciej/wolniej). Droga którą jechaliśmy pięła się powoli i uparcie w górę, tak że z poziomu 1000ft dotarliśmy na 6000ft. Wraz z oddalaniem się od wielkich miast (Sacramento) oraz zwiększaniem górzystości terenu, autostrada ulegała kurczeniu, aż zostały dwa pasy na każdy z kierunków jazdy. Widoki z samochodu były rewelacyjne, droga ciągnie się przez różne pasma wziesień, to się wznosząc, to opadając. Na porządku dziennym są tu podjazdy/zjazdy o nachyleniu prawie 10% i długości kilku mili. Dlatego też dosyć dużo na poboczu znaków informacyjnych dla kierowców ciężarówek. Można m.in. przeczytać porady co do oszczędzania hamulców (hamowania silnikiem), stanu nawierzchni, dalszego ukształtowania terenu (sugestia co do stylu jazdy - let'er drift), zalecanej prędkości maksymalnej, itp. Do większych ciekawostek zaliczyliśmy tzw. runaway truck ramp, które są niczym innym jak pasem wypełnionym żwirem, służącym do awaryjnego zatrzymywania ciężkich pojazdów mających problemy z hamulcami. Jakoś nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie rozpędzonego potwora wjeżdzającego w ten pas-pułapkę. Ponadto w obszarach górskich występowało oznakowanie ostrzegające przed oblodzeniem (zapewne zimą, choć i teraz niektórzy "mądrzy" kierowcy zwalniali), sugerujące jazdę w łańcuchach, itp. My zaś zaobserwowaliśmy kilka idiotyzmów związanych z naszym samochodem, a dokładniej jego automatyczną skrzynią biegów i systemem cruise control w połączeniu z górzystym terenem. Mówiąc krótko nie działa to wszystko razem za dobrze. System utrzymywania stałej prędkości jest za głupi, by wiedzieć jaki teren jest przed nami i czasem zmiany biegów są bardzo podejrzane, bądź wręcz zaskakujące (np. redukcja kończąca się 5000rpm i przyspieszeniem o 5mph). Dlatego też w niektórych momentach musieliśmy zrezygnować z bezmyślnej wygody, gdyż całość zachowywała się dość nieprzewidywalnie.
Po pewnym czasie dotarliśmy do zjazdu na Cisco Grove, po czym po kilku milach powolnej jazdy lokalną drogą dotarliśmy do budynku, w którym urzędują forest rangerzy. Podczas pobytu w US, zdążyliśmy się już przyzwyczaić do uczynności i chęci pomocy różnorakich urzędników (np. szeryf w Stanford pytający czy nie pomóc nam w robieniu zdjęcia), i tym razem się nie zawiedliśmy. Otrzymaliśmy pęk wydrukowanych map i opisów okolicznych szlaków (Tahoe National Forest, hrabstwa Nevada City oraz Truckee) wraz z takimi szczegółami jak profil wysokościowy trasy, informację o lokalnych campingach i wymaganych permitach do wejścia w góry. W rejonie Cisco Grove, nie potrzebne są żadne permity, o ile nie zamierza się nocować w lesie. Może na chwilę odbiegnę od tematu opisywania naszej wycieczki i napiszę co wiem o systemie permitów. Otóż, do wjazdu w niektóre rejony (parki stanowe/narodowe) wymagana jest opłata od samochodu (np. 20$ za kilka dni). Ponadto, by móc nocować w dziczy, należy uprzednio wykupić permit (kolejne kilka $ od osobo/kilkudni). Z wykupieniem takiego permitu w szczycie sezonu jest problem, gdyż objęte są one kwotami (najlepiej sobie zarezerwować z wyprzedzeniem lub być bardzo wcześnie rano, gdyż minimalna ilość jest dostępna każdego dnia, na zasadzie 'kto pierwszy ten lepszy'). Do wyjścia w góry zazwyczaj nie potrzeba wykupywać permitu, należy tylko wypełnić specjalny formularz pobrany ze skrzynki znajdującej się u początku szlaku, część zabrać ze sobą, zaś część zostawić w drugiej skrzynce. Na szlaku, który planowaliśmy przejść z Cisco Grove nie było potrzeby wypełniania żadnych dokumentów.
Celem naszego krótkiego wypadu były trzy spośród jezior Loch Leven Lakes. Dokładniej, chodzi o te jeziora. Tą trasę doradził nam Dan, który uwielbia chodzić po górach i zna te okolice jak przysłowiową własną kieszeń. Niestety jestem już trochę zmęczony, na dodatek nie mam jeszcze wszystkich zdjęć, więc z opisem dalszego biegu wydarzeń wstrzymam się do co najmniej jutra.


Dodaj nową odpowiedź