Najdłuższy dzień mojego życia (I)
Dziś wypadnie chyba najdłuższy dzień w moim życiu - a stanie się to dzięki drobnym operacjom ze strefami czasowymi. Dzień zaczął się wogóle bardzo wcześnie - gdyż brutalna pobudka przy pomocy budzika miała miejsce o godzinie 4:30 rano. Potem nastąpiło szybkie śniadanie (jogurt), ubranie i umycie się oraz spakowanie ostatnich drobiazgów do bagażu (np. szczoteczki do zębów oraz zapomnianego zasilacza do laptopa). Następnie udałem się z niewielką torbą podróżną (wypchaną głównie ubraniami) oraz plecakiem (z laptopem, aparatem fotograficznym i dokumentami) na znajdujące się nieopodal wyludnione skrzyżowanie, gdzie to spotkać się miałem z Ryszardem (moim współpracownikiem). O tej porze Meyrin jest prawie wymarłym miastem, naliczyłem może 3 samochody w ciągu około 10 minut oczekiwania. Gdy Ryszard przyjechał, zapakowałem się z bagażem do samochodu, następnie pojechaliśmy do bunkra odebrać jego brata (wszak samochód sam nie wróci z lotniska). Dojazd z Meyrin do lotniska jest dziecinnie prosty, a o tak wczesnych godzinach rannych nie stanowi żadnego problemu.
Hala odlotów na lotnisku nie była wypełniona ludźmi - przypuszczalnie tłok zaczyna się tu odrobinę później (odczuwamy to mieszkając nieopodal - gdyż po godzinie 7 rano trzeba definitywnie zamknąć okno, jeśli chce się kontynuować sen). Na lotnisku dość szybko odnaleźliśmy stanowiska odpraw dla KLMu, kolejka była znikoma. W zasadzie mogliśmy stać do osobnego okienka, opatrzonego nazwą drop-bagage (gdyż dzień wcześniej dokonaliśmy check-inu online, wybraliśmy miejsca oraz wydrukowaliśmy karty pokładowe), lecz przy tak znikomej kolejce nie miało to wielkiego sensu. Mimo tego, myślę, iż pomysł z elektronicznym check-inem, przyjmie się równie dobrze jak np. etix, i znacznie ułatwi życie podróżnym. Na przykład, gdybyśmy mieli tylko bagaż podręczny, moglibyśmy zamiast stać w kolejce, spędzić kilka sekund przed automatem i udać się do strefy wolnocłowej...
Po nadaniu bagażu zdecydowałem się jeszcze pożreć średnich rozmiarów kanapkę. Wybór padł na kanapkę z suszonym mięsem - które jest jednym z moich ulubionych przysmaków. Jak takie mięso wygląda? Wyobraźmy sobie plasterek szynki, następnie dokonajmy niewielkiej zmiany koloru na prawie ciemno-czarno-czerwony, następnie usuńmy wodę z szynki. Zapewne fakt usunięcia dużej ilości wody z takiego mięsa decyduje o jego stosunkowo wysokiej cenie - gdyż woda jest głównym składnikiem służacym do tzw. pompowania wędlin, tu zaś mamy duży udział mięsa w mięsie.
Wracając jednak do tematu podróży, ustawiliśmy się przed kolejką do prześwietlania bagażu podręcznego, odstaliśmy swoje. Jak to obecne przepisy nakazują musieliśmy osobno prześwietlić komputery, aparaty i inną podejrzaną elektronikę. Następnie udaliśmy się do swojej bramki i zasypiając czekaliśmy na samolot do Amsterdamu o siódmej rano. Lot do Amsterdamu odbył się (o ile dobrze pamiętam) na pokładzie samolotu Boeing 737-400. Upakowanie foteli w klasie bydlęcej niestety jest duże i ciężko czasem wygodnie ułożyć nogi, udało nam się jednak przeżyć. Obsługa pokładowa jest bardzo miła, choć jej angielski posiada silny obcy akcent holenderski, który początkowo utrudnia zrozumienie. Dostaliśmy całkiem dobre kanapki (2 razy), co mnie dość miło zaskoczyło, gdyż podczas kilku ostatnich lotów europejskich, poczęstunki były delikatnie mówiąc niesmaczne. Na lotnisko w Amsterdamie dotarliśm przed czasem, jednak nie miało to wielkiego znaczenia dla nas. Zaskoczył mnie rozmiar tamtejszego lotniska, gdyż myślałem, że to ot, kolejny przeciętny hub. Jednak po wylądowaniu, minęło dobrych kilkanaście minut, zanim dotoczyliśmy się do naszego stanowiska postojowego.
Nie przykładaliśmy wielkiej uwagi do sklepów obecnych na tutejszym lotnisku, gdyż byliśmy raczej śpiacy i przede wszystkim chcieliśmy dotrzec do swojego terminalu i swojej bramki na lot do San Francisco. Po kilkunastu minutach spaceru korytarzami i ruchomymi chodnikami dotarliśmy do terminala, z którego obsługiwane są samoloty interkontynentalne. Jako, że do boardingu pozostała ponad godzina, zdecydowałem się odrobinę przejść po okolicznych sklepach. Zauważyłem ogromną ilość serów (np. smakowicie wyglądająca 2-letnia gouda) oraz rzeczy związanych z kwiatami. Nie zdecydowałem się jednak na zakup czegokolwiek, gdyż musiałbym to najpewniej zjeść przed przylotem do US, gdyż ich przepisy fitosanitarne są dość ostre. Jedyne co kupiłem to napój, któy okazał się mrożoną herbatą "nie zawierającą niczego" (gdyż na etykiecie z tyłu, przy każdym składniku pisało 0). Znudzony powróciłem do swojej bramki.
Na około godzinę przed odlotem rozpoczęła się kontrola - czyli sprawdzenie paszportów i wiz, prześwietlenie bagażu i przejście do kolejnej sali - z której to po pewnym czasie zostaliśmy wpuszczeni na pokład samolotu. Przez chwilę szukaliśmy w tym kolosie swoich miejsc, udało się je zlokalizować. Szczęście się do nas uśmiechnęło i jedno miejsce koło nas pozostało puste, tak że ostatecznie Ryszard siadł przy prawym oknie, ja zaś przy prawym korytarzu. Bydlęca klasa w lotach interkontynentalnych polega również na gęstym upakowaniu foteli. Dostaliśmy standardowe wyposażenie - czyli pseudopoduszkę pod kark oraz pseudokoc (bardzo przydatne, choć lepiej sprawdza się np. kurtka). Nie jestem w stanie powiedzieć, czy wystartowaliśmy o czasie, jednak większą część drogi przespaliśmy. Cały lot, według tego, co zostało nam wyświetlone, trwać ma około 10h, zaś do San Francisco mamy przylecieć około godziny 13 czasu PST (teraz już wiadomo skąd tytuł o najdłuższym dniu).
Na pokładzie zostaliśmy poczęstowani "obiadem". Był on całkiem zjadliwy, poza drobnym szczegółem - czyli rozmiarem porcji. Była ona odrobinę za mała i konieczne było dożywianie się innymi rzeczami znalezionymi na pokładzie. Na obiad składała się bardzo smaczna zapiekana ryba z krewetkami, surówka oraz ciastko. Zaś na dożywianie składały się głównie słodycze, które co jakiś czas obsługa wykładała. Zjedliśmy też miniaturowe lody, mieliśmy możliwość spróbowania dziwnych chipsów (ja nie skorzystałem, dość niezdrowego jedzenia zjem w najbliższych tygodniach...), itp.
Mieliśmy szczęście przelatywać nad Grenlandią (no tu akurat szczęście nie ma nic do rzeczy), ale pogoda była całkowicie bezchmurna i mogliśmy podziwiać przepiękne widoki na lodowce. Zrobiliśmy też kilka zdjęć. Ponadto wysnuliśmy wniosek, że Grenlandia to niedobre miejsce na katastrofę lotniczą, gdyż szanse przeżycia są minimalne (po pierwsze, trzebaby przeżyć katastrofę) - w lodowatej wodzie człowiek przeżyje kilka minut, zaś na lądzie ulegnie wychłodzeniu nim nadejdzie jakakolwiek pomoc.
Po Grenlandii wypełniliśmy standardowe wnioski, konieczne przy wjeździe do US (oczywiście potrzebowaliśmy kilku formularzy, gdyż nie byliśmy w stanie zrobić tego bezbłędnie od początku). A teraz jest godzina 18:35 (czasu Europejskiego) i mamy jeszcze około 3h lotu. Z nudów właśnie wyciągnąłem komputer i stwierdziłem, że opiszę część dzisiejszych wrażeń, nim uciekną one z głowy. A zaraz komputer wyłączam, gdyż nie wiem, kiedy będę miał możliwość doładowania baterii (pewnie za kilka godzin w hotelu).


Dodaj nową odpowiedź