Ku North Rim - Arizona, Utah, Zion National Park
Submitted by mhulboj on Tue, 2007-08-28 17:54.Ostatnia już część opisu dnia, który w większości spędziliśmy w samochodzie i którego pokonaliśmy wiele setek mil, odwiedzając 4 stany. Podczas tego fragmentu podróży dotarliśmy w okolice North Rim, i zwiedziliśmy (przypadkiem) przepiękny Zion. W późnych godzinach popołudniowych zdegustowani Las Vegas, zdecydowaliśmy się ruszyć na północny wschód, ku Arizonie i Utah. Nie mieliśmy jasno sprecyzowanego punktu docelowego, a wiedzieliśmy, że dojechać do samego North Rim raczej nie damy rady. Ponadto nie byliśmy pewni czy miałoby to sens, gdyż była wtedy pełnia sezonu wakacyjnego, zaś nam wydawało się, iż Wielki Kanion będzie oblężony w podobnym sensie co Yosemite - więc ceny będą wysokie i będą problemy ze znalezieniem sensownego noclegu. Postanowiliśmy jechać i w godzinach wieczornych poszukać jakiegoś motelu lub campgroundu.
Wyjazd z Las Vegas zajął nam odrobinę czasu, a to ze względu na spore korki. Pomimo ogromnej ilości wielopasmowych autostrad, tłok panował spory, zaś samochody posuwały się w dość wolnym tempie około 25 mil na godzinę. Wraz z oddalaniem się od 'centrum' co raz więcej samochodów zjeżdzało w różne zjazdy i inne autostrady i powoli droga pustoszała. Po wyjechaniu z miasta ujrzeliśmy krajobraz do którego już zdążyliśmy się przyzwyczaić - czyli piasczysta pustynia, niewielkie kępki roślin i góry skaliste w oddali. Tym razem jednak było w tym widoku coś niepokojącego. Daleko przed nami ujrzeliśmy gigantyczne złowrogie chmury i coś na kształt błysków piorunów. Niestety niewiele mogliśmy na to poradzić, jak tylko zastanawiać się, czy trafimy w jakąś wielką burzę i jechać przed siebie. W Nevadzie panują liberalniejsze ograniczenia prędkości na autostradach, dlatego też mogliśmy legalnie poruszać się z prędkością 75mph, co skutkowało jazdą z prędkością około 85mph, wymuszoną (presja psychiczna) przez wszystkie pozostałe pojazdy.
Wyjeżdzając z Nevady, przyszło nam pokonywać pasmo górskie, przez które poprowadzona była I-15. Jako, że autostrady międzystanowe muszą spełniać pewne normy, więc droga w wielu miejscach dość brutalnie przecina skały. Stwarza to dość ciekawy klimat, który od razu nam się spodobał (zapewne w głownej mierze dlatego, iż mieliśmy już dosyć monotonii pustyni). Ryszardowi trasa przywiodła na myśl drogę RN-85, znaną też jako 'Droga Napoleona'. W Polsce ostatnio jest znana z powodu wypadku autobusowego i paranoi z żałobą narodową. W pewnym momencie dotarliśmy też w okolice Mesquite, gdzie znajduje się kanionVirgin River. Wody w rzece było delikatnie mówiąc mało, my zaś po pokonaniu gór ujrzeliśmy w oddali wściekłe ciemne chmury i widoczne już wyraźnie błyskawice raz po raz walące w ziemię. Dlatego też pospiesznie zrobiliśmy kilka zdjęć i wjechaliśmy do Arizony.
W zasadzie niewiele się zmieniło w krajobrazie - gdzie okiem nie sięgnąć widać było wzgórza i zerodowane formacje skalne. Jedyną odmianą był odrobinę bardziej czerwony kolor skał i większa ilość zieleni, co czyniło widok znośniejszym dla oka. Jednak nam nie dane było długo pozostać w Arizonie, gdyż podążaliśmy na północny wschód, ku granicy z Utah. Do granicy dotarliśmy dość szybko. Naszą uwagę przykuły stacje kontrolne dla samochodów ciężarowych oraz samochodów 'komercyjnych' - gdzie kontrola była obowiązkowa. Nas to akurat nie dotyczyło, ale zaciekawiło nas, dlaczego takie zasady panują. Choć wydaje nam się, iż słyszeliśmy dość dziwne opowieści o tym stanie. Powitał nas bilboard wspominający o igrzyskach olimpijskich w Salt Lake City, na którym przedstawiono postać jakiegoś skoczka narciarskiego (nudny sport, wogóle jak można to oglądać?). Skały stały się jeszcze bardziej czerwone, a my pojechaliśmy ku miastu St.George, gdzie zatankowaliśmy parę galonów paliwa i odbiliśmy na wschód ku mieścinie Hurricane. Odrobinę zastanawialiśmy się nad genezą nazwy Hurricane i stwierdziliśmy, iż może mieć coś wspólnego z huraganami. Tam też podjęliśmy decyzję o tym, by przejechać przez Zion National Park. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy o tym, jakie atrakcje nas czekają.
W miarę zbliżania się do Zion National Park, pojawiało się co raz więcej żywej, zielonej roślinności, zaś czerwono-marsjański kolor skał stawał się coraz bardziej intensywny. Zauważyliśmy, iż nawet asfalt na drodze nabrał czerwonego koloru. Przez chwilę złapał nas krótki deszcz, który niestety nie przyniósł ochłodzenia, a tylko zwiększył duchotę i wilgotność powietrza. Wjazd do Zion National Park okazał się droższy od dotychczas odwiedzanych parków, cena bowiem wyniosła 25$ za samochód. Nie bardzo się tym zraziliśmy, gdyż są to małe pieniądze za możliwość zwiedzenia parku. A ten zapowiadał się coraz ciekawiej i zaczęliśmy się zastanawiać, że wcześniej o nim wogóle nie słyszeliśmy. Formy skalne przypominały nam odrobinę Yosemite, ale tu wszystko było czerwone, bardziej zniszczone przez erozję. Ilość zieleni była zapewne mniejsza, ale przez fakt kontrastu z czerwonymi skałami wydawało się, iż jest ona niesamowicie bujna. Droga była dość kręta i wąska, podjazdy osiągały nachylenie kilkanaście procent. Ciekawostką była seria tuneli przebitych na początku ubiegłego stulecia. Były one niezmiernie wąskie (jak na amerykańskie standardy), nie posiadały oświetlenia, ani sztucznej wentylacji (co jakiś czas wybite były otwory na zewnątrz). Duże pojazdy RV nie mogą przejeżdzać przez Zion bez eskorty właśnie ze względu na kręte drogi i wąskie tunele. Zion sprawiał wrażenie spokojnieszego miejsca niż Yosemite, nie widać było kohort wściekłych, żądnych jedzenia turystów. Mimo tego posiadał zorganizowaną sieć shuttle busów oraz całkiem sporą ilość szlaków turystycznych. Mocno żałowaliśmy, iż nie możemy zostać tutaj trochę i pochodzić po skałach (tak na oko, moglibyśmy tu zostać na co najmniej tydzień). Niestety nasz harmonogram wyprawy był dość napięty. Niestety deszcz powrócił, nie był dokuczliwy, ale znacznie popsuł oświetlenie, przez co robienie zdjęć stało się mocno utrudnione. Ale i tak, w przypadku tego parku, zdjęcia nie są raczej w stanie oddać całego jego piękna i uroku.
Droga jest dość kręta i wije się pośrod skał. W sumie po Yosemite zdążyliśmy się już do takich tras przyzwyczaić.
Gdy wyjeżdzaliśmy z Zion, było już dość późno i zaczynało się robić ciemno (ze względu na zachmurzenie oraz na godzinę). O ile dobrze pamiętam było wtedy już po godzinie 18 czasu PST (lokalnie nawet nie wiedzieliśmy jaki jest czas, ale wydedukowaliśmy, iż robi się tu ciemniej około dwóch godzin wcześniej niż w Kalifornii). Podążyliśmy na południowy wschód, z powrotem ku Arizonie, by poszukać jakiegoś rozsądnego miejsca na nocleg, by zregenerować siły. Pierwszym miastem, które rozważaliśmy było Kanab. Widzieliśmy pokaźną ilość reklam moteli, co więcej niektóre z nich miały bardzo kuszący napis 'Free Wi-Fi'. Ale stwierdziliśmy, iż jeszcze jest dość wcześnie, a to miejsce leży zbyt daleko od Północnego Wielkiego Kanionu. Dlatego też zdecydowaliśmy się jechać dalej. Zaobserwowaliśmy ciekawą rzecz po przekroczeniu granicy stanu. Jak tylko wjechaliśmy do Arizony, zauważyliśmy sporą ilość sklepów monopolowych. Czyżby w stanie Utah obowiązywały wyższe podatki/limity wiekowe, itp? Pierwszym miaste w Arizonie była Fredonia (kiedyś próbowano nazwać tak US, ale co wyszło to widać). Zdecydowaliśmy się na dość odważny krok i postanowiliśmy pojechać do następnej ludzkiej osady, położonej jeszcze kilkadziesiąt mil dalej. Było już dość ciemno, droga była pusta, żadnych samochodów, więc mogliśmy jechać dość szybko. Niestety szybko zmieniliśmy zdanie i zdecydowaliśmy się jechać powoli i ostrożnie, a to za sprawą dzikiej zwierzyny przebiegającej nam przed maską. Dojechaliśmy w końcu do Jacob Lake, które okazało się przysłowiowym zadupiem na rozstaju. Na szczęście był tu motel, w którym to dowiedzieliśmy się o możliwości nocowania w okolicy. Skorzystać z motelu się nie zdecydowaliśmy (gdyż było już strasznie późno, a check-out wypadał dość wcześnie rano - więc wogóle byśmy się motelem nie nacieszyli). Możliwości były dwie (bo niestety jeden z campgroundów był zamknięty). Było to albo nocowanie gdziekolwiek w lesie, nie dalej niż 1 mile od drogi, bądź też drugi niewielki campground. Zdecydowaliśmy się na campground, ze względu na obecność minimalnych udogodnień (toaleta, prysznic). Check-in niestety odrobinę zajął i w tym czasie rozszalała się burza. Znaczy nie dokładnie burza - zaczęło dość mocno wiać oraz groźnie błyskać. Szybko rozbiliśmy namiot, nie musieliśmy nawet używać ani latarki, ani świateł samochodu, a to za sprawą błyskawic. Jak to zwykle bywa, instynktownie rozbiliśmy namiot pod najwyższym drzewem w okolicy. Nawet w razie czegom, gdyby drzewo nie upadło na namiot, to pozostawał jeszcze samochód w zasięgu... Umyłem się szybko, również bez latarki w zimnej wodzie dostępnej w pobliskiej umywalce. Poszliśmy spać zastanawiając się, jakie to niespodzianki burza nam zgotuje. I zgotowała, w środku nocy zaczął padać tak mocny deszcz, iż przebijał się częściowo przez ścianki namiotu, że przez chwilę rozważaliśmy ewakuację do samochodu. Na szczęście po kilkunastu minutach wiatr przewiał go znad campgroundu...

