Ku North Rim - wyjazd z Doliny Śmierci
Submitted by mhulboj on Mon, 2007-08-06 15:09.Nocowanie w Dolinie Śmierci było całkiem przyjemne. Odrobinę ciężko się spało z powodu panujących temperatur, ale za to nocne spacery po pustyni były doskonałą rekompensatą. Kolejnym plusem było to, iż namiot był cały czas całkowicie suchy, a to ze względu na bardzo suche powietrze, które porywało wszelkie ślady wilgoci. Policzyłem, iż w ciągu nocy musiałem wypić co najmniej 2l ciepłej wody z kranu by ugasić pragnienie. Rano wstałem około godziny szóstej i spędziłem trochę czasu na spacerze po okolicy. Niemcy wstali odrobinę przede mną i zaczęli się szykować do dalszej podróży. Ich kolejny cel częściowo pokrywał się z naszym - Las Vegas, my zamierzaliśmy jednak tylko odrobinę czasu poświęcić na zwiedzanie miasta, gdyż naszym głównym celem było North Rim Grand Canyonu.
Spakowaliśmy namiot, zjedliśmy kolejną rację obrzydliwych batoników zbożowo-energetycznych (na które już powoli nie mogłem patrzyć), umyliśmy się i pojechaliśmy ponownie do Stovepipe Wells Village (mapa). Jest to niewielka osada, lub raczej przystanek, na drodze biegnącej przez Dolinę Śmierci. Położony on jest na wysokości poziomu morza, przez co temperatury są o co najmniej 10 stopni wyższe niż w naszym obozowisku. Znajduje się tu General Store, motel z basenem (czynny w ograniczonym zakresie w lecie), stacja rangerów, campground (nieczynny w lecie). Jako, że pan ranger, akurat wyjeżdzał swoim melexem na objazd okolicy, a chcieliśmy być uczciwi i uiścić opłatę za korzystanie z Parku Narodowego, dlatego musieliśmy nakarmić automat dwoma banknotami 10$. Później mogliśmy ruszyć dalej z czystym sumieniem do głównego punktu turystycznego w Dolinie Śmierci - czyli do Furnace Creek (mapa). Ciekawostką jest, iż w Furnace Creek znajduje się położone najniżej na świecie (-214 stóp) pole golfowe... Ile oni tam wody w nie muszą władować to nie mam pojęcia. Ponadto w okolicy znajdują się główne punkty do przechowywania luksusowej kategorii turystów. Znajduje się tu nawet niewielkie lotnisko, choć chyba tylko dla małych prywatnych samolotów. W znajdującym się tutaj sklepie kupiłem sobie koszulkę z logo Doliny Śmierci oraz jakieś kanapki z mięsem, na pobliskiej poczcie kupiłem znaczki i wysłałem listy. Skorzystałem z budki telefonicznej i zadzwoniłem do Asi, która akurat kończyła pracę. Podczas rozmawiania przez telefon zauważyłem kręcące się po okolicy czworonożne psowate zwierzątka, być może jakieś lisy albo kojoty. Niestety z powodu nie posiadania samochodu z wysokim zawieszeniem, zmuszeni byliśmy ograniczyć zwiedzanie do dróg asfaltowych. Niestety, dlatego, iż znajduję się tu całkiem spora ilość tras samochodowych przez widokowe tereny, niestety miejscami dosyć kamienistych. Dlatego też kolejnym punktem na naszej trasie była największa depresja w Ameryce Północnej - Badwater.
Jeśli zapewnie się nawadnianie, to można całkiem ładną trawę uzyskać. Tak przy okazji, znajduje się tu najniżej położone pole golfowe na świecie.
Drogi w Dolinie Śmierci są całkiem dobrej jakości, dość szerokie, choć czasami bardzo źle wyprofilowane (cały czas piszę o tych asfaltowych). Ponadto bardzo często droga ma kształt falisty i co rusz pojawiają się dipy, przez które jazda z dużą prędkością jest co najmniej ciekawa. Miejscami droga jest połatana - zapewne w porze, gdy zdarzają się nagłe i ulewne deszcze, woda porwała i przesunęła fragmenty asfaltu. Przy wjeździe do płaskiej części Doliny Śmierci występują ostrzeżenia o flash floodach. W okolice Badwater dojechaliśmy bez problemu. Znajduje się tu parking oraz drewniany taras/molo, z którego można wejść na praktycznie płaski basen wyschniętego błota i soli. W pobliżu znajduje się też słodkowodne źrodełko, niestety, przez fakt obecności soli dookoła, złapanie słodkiej wody jest dość problematyczne. Nie zaleca się wchodzenia po solnej skorupie zbyt głęboko w stronę basenu (dalej niż mila), gdyż skorupa jest dość krucha, a pod spodem, zwłaszcza na niższych terenach, może znajdować się mokre błoto. Jako ciekawostkę, na zboczu pobliskiej skały zainstalowano tablicę z zaznaczonym poziomem morza - około 60 metrów wyżej od mola. Z powodu dość dokuczliwego upału szybko udaliśmy się z powrotem do samochodu, odkręciliśmy mocniej klimatyzację i udaliśmy się w kilkudziesięcio milową podróż ku wyjściu z Doliny Śmierci. Słowo dolina kłóci się tu w pewnym stopniu z moim wyobrażeniem doliny, gdyż zazwyczaj jako dolinę wyobrażam sobie jakiś niewielki obszar zamknięty z obydwu stron górami. Tymczasem tu, mamy doczynienia z doliną w skali makro - wszystko liczone w dziesiątkach (a nawet pewnie setkach) mil.
W całej Dolinie Śmierci spotkaliśmy bardzo niewielką ilość turystów, po drodze mijaliśmy znikomą ilość samochodów. Zapewne dlatego, iż przyjechaliśmy nie w sezonie i wszyscy woleli spędzać wakacje gdzie indziej (np. w Yosemite). Po wyjechaniu z doliny, w niewielkiej miejscowości Shoshone odbiliśmy na drogę ku Nevadzie i Las Vegas. Tabliczka z city limits Shoshone chwali się kilkudziesięcioma mieszkańcami, w okolicy widać kilka zabudowań stylizowanych na dziki zachód, ponadto na polach stoi trochę przyczep mieszkalnych. W oczy rzuciła mi się tajemnicza litera Q widoczna na jednym z pobliskich wzgórz (gdy będą zdjęcia, to będzie wiadomo co mam na myśli). Tu chyba zwyczajem jest, że nawet najmniejsza dziura, z ilością mieszkańców dążącą do zera musi posiadać małe lotnisko (tak było w Furnace Creek, tak jest tu, i w kilku innych zapadłych dziurach, przez które przejeżdzaliśmy). Jako lotnisko mam na myśli ubity kawałek pustyni służący za pas startowy oraz kilka rdzewiejących i rozlatujących się hangarów. Po kilkunastu następnych milach, wjechaliśmy do Arizony, i podobnie jak w przypadku okolic jeziora Tahoe, powitała nas spora ilość bilboardów reklamujących kasyna i 'usługi masażu'.

