The answer you entered to the math problem is incorrect.

Half Dome

Dzień zaczął się wcześnie. Zdenerwowani sprawdziliśmy, czy na skrzynkach z jedzeniem oraz samochodzie nie ma misiowych śladów. Na szczęście nic nie było. Dlaczego to takie ważne? Otóż, jeśli taki niedźwiedź zniszczy samochód z powodu zostawienia w nim żywności (a zdarza się to tu około 100 razy w roku, należy wziąć poprawkę, że misie często śpią w zimie, więc dni/nocy kiedy są aktywne nie ma zbyt dużo), to po pierwsze nie dostaniemy pieniędzy z ubezpieczenia, po drugie zapłacimi karę do 5000$. Więc mimo narzekania należy zostawić food paranoia mode on. Obozowisko wygląda zupełnie inaczej w świetle dziennym. Nie wiem czy jest to jednak lepsze światło - widać po prostu kolejne dziwne konstrukcje na lekko zalesionym kawałku terenu. Można dostrzec sporą liczbę Amerykańskich campingowców, którzy rankiem wyciągają tony żywności ze schowków, by rozpocząć dzień od śniadania, które zapewne by jeszcze za obiad starczyło. W obozie można dostrzec dużą ilość wiewiórek, które nie boją się turystów, wykradają im na wszystkie sposoby pozostawioną żywność i robią się równie grube co ich przypadkowi darczyńcy. Wiewiórki były wręcz opasłe i znacznie większe od tych, które widzieliśmy w górach w obszarze Tahoe, a jest to raczej ten sam gatunek.

Zdjęcia

Szybko zjadłem pożywne śniadanie składające się z 2 bananów, kilku batoników zbożowo-energetycznych, 1g witaminy C oraz pół litra prawie fluorescencyjnego Powerade. Szybko przenieśliśmy wszystkie bagaże i jedzenie do samochodu (bagaże przezornie schowaliśmy, gdyż mogły się w nich zawieruszyć jakieś kosmetyki). Podzieliliśmy też bagaż na taki, który należy wkładać do pojemników na żywność i na bezpieczny bagaż, gdyż nawet na dziennym parkingu konieczne jest włożenie niebezpiecznych produktów do schowka. Jeśli już ktoś musi coś zostawić, to niech to zrobi w bagażniku, bo inaczej patrolujący regularnie parking strażnik zauważyć może podejrzane rzeczy w samochodzie i może wlepić mandat. Wyjechaliśmy z HouseKeeping Unit i skierowaliśmy się do serca turystycznego doliny - Curry Village - miasteczka w którym gromadzi się większość turystów i jest tłoczno niczym w Zakopanem. Było zbyt wcześnie by odebrać klucze do naszego tent cabin, więc zostawiliśmy samochód na pobliskim parkingu, schowaliśmy jedzenie do publicznego lockera, licząc na to, iż go nikt nie ukradnie. Spotkaliśmy dwójkę ludzi o hiszpańskich rysach, którzy przyjechali wspinać się po okolicznych skałach - jak na moje oko (laika) Yosemite wydaje się doskonałe do wspinaczki.

Chwilę poczekaliśmy na bezpłatny shuttle bus, który dowiózł nas do początku szlaku. Po wyjściu z autobusu mieliśmy okazję zobaczyć niedźwiedzicę z małymi. Niestety żaden z Amerykanów nie był na tyle głupi, by wejść między nią a małe, a szkoda, bo mielibyśmy może niezapomniane widowisko... Do wychodzenia w góry nie potrzeba żadnych permitów, o ile nie zamierza się zostać na noc. A jeśli zamierza się spędzić część wakacji i backpackować na terenie parku, to należy kilka miesięcy wcześniej pomyśleć o zarezerwowaniu sobie permitu, gdyż okolica cieszy się niesamowitą popularnością. Zapewne dlatego, iż jest tu przepięknie, zaś park jest jednym z najstarszych parków narodowych.

Szlak który obraliśmy, przynajmniej w jego początkowej części jest bardzo oblegany przez turystów, do tego stopnia, iż ścieżka wylana była kiedyś asfaltem, by 'ułatwić' chodzenie. Na szczęście było to dość dawno i woda zdążyła już się częściowo z nim rozprawić. Naszym celem było wejście na Half-Dome, zaś checkpointami po drodze były dwa malownicze wodospady - Vernal Fall oraz Nevada Fall. Mieliśmy zamiar pójść malowniczym Mist Trail, gdzie wiosną w zasadzie nie da się przejśc nie moknąc od mgły wody rozproszonej przez wodospady. Niestety (albo jak się później okazało na szczęście) zmyliliśmy szlak i wybraliśmy dłuższą okrężną drogę. Na góre prowadzi też szlak dla osób poruszających się na mułach, kilkukrotnie musieliśmy przylepiać się do ściany, by dać dzikim bestiom przejść. Zdziwieni przegapieniem Vernal Fall, dotarliśmy w końcu do wodospadu Nevada Fall, który jest jednym z wyższych w US. Urządziliśmy sobie mały postój dla zrobienia kilku zdjęć z krawędzi wodospadu, a następnie udaliśmy się w dalszą drogę, uświadamiając sobie, iż pozostało nam jeszcze około 100m w pionie i kilka mil do przejścia. Ilość turystów znacząco zmalała, poprawiło się też ich wyposażenie - rzadziej spotykało się osoby w japonkach czy klapkach. Stosunkowo duża osób w górach nie miała typowo 'amerykańskiej' figury i wyglądała na zdrowo odżywiających się i prowadzących zdrowy styl życia. Zauważyłem też dużą ilość ludzi wędrujących małymi dziećmi - zapewne by od małego pokazać im piękno górskich wędrówek. Byłem też pełen podziwu dla wytrwałości małych pokrak, które pokonywały wraz z rodzicami wielomilowe, nienajłagodniejsze trasy.

Po kolejnych kilku milach (bodajże 4) dotarliśmy wreszcie do stóp skalistej kopuły Half Dome. Widok był imponujący i zrobił na nas tak silne wrażenie, że musieliśmy usiąść i zjeść kilka batonów energetycznych. Przez chwilę też pojawiły się wątpliwości czy jesteśmy przygotowani (buty, rękawiczki) by wejść na szczyt, gdyż przed nami czekała goła skała o wysokości prawie 300m. Pomyśleliśmy jednak o wszystkich 'typowych turystach', którzy każdego dnia wchodzą na szczyt i zdecydowaliśmy się podjąć wyzwanie (poza tym głupio byłoby uciec spod samej końcówki). Zauważyłem też dziwne zwierzę, które buszowało w pobliskich skałach i którego zdjęcie postaram się wgrać później. Początek nie był taki zły - wejście skalnymi schodami, następnie średnio nachyloną skałą, na której dość łatwo było się poślizgnąć ze względu na wszechobecny piasek. Po pokonaniu połowy drogi w poziomie, ale tylko ułamka w pionie dotarliśmy do właściwego podejścia, gdzie do skał przypięte są stalowe liny, ułatwiające wspinaczkę. Z rękawiczkami nie było problemu, gdyż dziwnym trafem przy początku podejścia leży niewielka ilość dość zużytych, ale wciąż dobrych rękawiczek, które służą kolejnym turystom.

Podejście wyglądało dość stromo, chyba jedno z najstromszych jakie w życiu miałem okazji pokonywać. Skała miała już nachylenie kilkudziesięciu (Ryszard ocenia, iż 70) stopni i nie dało się na niej stać bez pomocy lin. Rękawiczki okazały się nieocenione, gdyż z powodu słabego obuwia, główny ciężar pracy w podejściu pod górę ciążył na kończynach górnych. Co ciekawe sporo było osób pokonujących tą trasę w sandałach, bądź nawet klapkach. Posuwając się powoli do góry (ze względu na powolne osob przed nami oraz konieczność mijania się ze schodzącymi) mogłem podziwiać dość niepokojący widok w dół i zastanawiać się ile osób przypadkiem poślizgnęło się i poleciało w dół przepaści (po sprawdzeniu w Wiki, okazało się iż już trzy w tym roku). Ponadto co jakiś czas zastanawiałem się czy ja stąd wogólę zejdę... W końcu udało się nam postawić nogi na skalistym szczycie, i rozkoszować przepiękną panoramą okolicy. W którąkolwiek byśmy stronę nie spojrzeli, widzieliśmy tylko góry. Jednym słowem raj dla lubiących wędrówki. Niedaleko w dole, pod szczytem na pionowej skale, zobaczyłem dwóch panów uprawiających wspinaczkę. Ciekawe z którego miejsca wyszli i ile zajęło im wejście na szczyt. Po standardowej sesji zdjęć zdecydowaliśmy się na powrót, gdyż robiło się późno a przed nami było jeszcze ponad 8 mil drogi powrotnej (oraz konieczność dojechania shuttlem, check-in i przenoszenie bagażu).

Niestety daleko nie zeszliśmy, gdyż okazało się, że niżej powstał mały zator, gdyż komuś nie wytrzymały nerwy. Z tego co słyszeliśmy, nie pomogły próby uspokojenia, propozycje pożyczenia uprzęży (tak, niektórzy nawet uprząż mieli), groźby (schodź, albo Cię zrzucimy) i musieliśmy czekać, aż delikwenta odbierze ekipa search'n'rescue. Problemem okazało się kilkunastoletnie (11-13?) dziecko, które zapewne rodzice w jakiś sposób zaciągneli na szczyt. Przez czas całej akcji - około 30 minut nie było nic lepszego do roboty, jak tylko leżeć sobie na strome skale i trzymać się lin. Po uprzątnięciu blokady poszło bardzo szybko i okazało się, iż schodzenie jest znacznie prostsze i nie wymaga żadnego wysiłku.

Przy Nevada Fall zdecydowaliśmy się wracać krótszą trasą (którą oryginalnie zamierzaliśmy wchodzić, ale nie weszliśmy z powodu zmylenia szlaku), gdyż było już dość późno, zaś napis 2.5 zamiast 4 mile brzmiał całkiem zachęcająco. Niestety tkwił w tym wszystkim mały podstęp, gdyż w zasadzie cała trasa była jednym wielkim schodzeniem po skalnych stopniach, co dosyć zirytowało moje różne stawy. Mieliśmy okazję zobaczyć wodospad Nevada Fall z drugiej strony oraz położony niżej Vernal Fall - który to generował znaczną ilość cząsteczek wody w powietrzu i wprowadzał odrobinę chłodu w palącym (mimo późnych godzin) słońcu. Podczas tego zejścia skończyły mi się moje zapasy wody na dzisiejszą wędrówkę (a wziąłem tym razem 4.5l), ale na szczęście niewiele niżej (przy miejscu, z którego widać wodospady i gdzie gromadzi się znaczna ilość 'niedzielnych' turystów) znajdowało się ujęcie wody pitnej, z którego skwapliwie skorzystałem. Do przejścia pozostała już niecała mila, ale niestety moja kostka zaczęła dawać się bez powodu we znaki, więc z zaciśniętymi zębami i bez problemów dotarłem do początku szlaku.

Udaliśmy się na zatłoczony przystanek shuttle busa, i kiedy ten nadjechał z trudem zmieściliśmy się do środka. Autobus nosił miano ekologicznej hybrydy, ale zapewne znaczna ilość paliwa/prądu szła na barzdo mocną i przyjemną (dla mojego zmęczonego i przegrzanego ciała) klimatyzację. W końcu dotarliśmy do Curry Village i poszedłem dopełnić formalności związanych z check-inem. Ryszard zaś udał się na parking, by sprawdzić, czy nasze jedzenie nie dostało nóżek oraz czy nie dostaliśmy za nic mandatu. Przy check-in'ie jak zwykle musiałem podpisać kartkę, iż wiem jakie są konsekwencje (i przyjmuje je do wiadomości) pozostawienia niezabezpieczonej żywności. Wróciłem na parking, gdzie okazało się, iż zarówno jedzenie, jak i samochód są w porządku. Rzeczy do naszej tent cabin musieliśmy przenieść przez spory kawałek, gdyż nie było wolnych bliżej położonych miejsc parkingowych. Przy okazji zobaczyliśmy za co wypisywane są mandaty - np. za pozostawienie w samochodzie: gumy do żucia, fotelika dla dziecka, puszki po coli, itp.

Tent Cabin okazał się (jak nazwa wskazuje) brezentem rozpiętym na drewnianym szkielecie oraz drewnianym fundamencie. Domki takie rozstawione są bardzo gęsto wzdłuż kilku uliczek i praktycznie bez problemów słychać co dzieje się u sąsiadów za ścianą, bądź też na dworze. Na szczęście ustanowione są godziny ciszy nocnej, a Amerykanie dość karnie ich przestrzegają. Łazienki i prysznice znajdują się kilkadziesiąt metrów dalej i są w całkiem dobrym stanie (no może mam podejście skrzywione przez akademik i dobry stan dla mnie jest czym innym, niż dla szarego człowieka).

Okazało się, iż trudom wyprawy (zwłaszcza skałom) nie podołała podeszwa w moich butach i w kilku miejscach zaczęła się odrywać. Odrobina butaprenu powinna przywrócić je do trybu miejskiego użytkowania. Ponadto bolała mnie lekko lewa kostka i dostałem w nagrodę kilka odcisków, które dokuczały mi jeszcze przez kilka następnych dni. Jednak ze 100% pewnością mogę powiedzieć, iż ta wycieczka była warta odrobiny trudu i poniesionych 'ofiar'. Z chęcią spędziłbym tu kilka tygodni na chodzeniu po okolicznych górach, nocując gdzieś w dziczy (pomimo dużej ilości misiów).

Reply

Please solve the math problem above and type in the result. e.g. for 1+1, type 2.
The content of this field is kept private and will not be shown publicly.