Weekendowa wycieczka. Lake Tahoe, Sierra Nevada (III)
Za Tahoe City droga 89 ponownie zmienia się w krętą trasę opinającą okoliczne góry w bliskiej odległości (w poziomie) do jeziora. Droga objeżdża całą zatokę Emerald Bay, zaś w jej najdalej położonym w kierunku lądu miejscu znajduje się spora ilość parkingów. Z parkingów można udać się stromą ścieżką nad wodę, bądź też na punkt widokowy lub w okoliczne góry (np. Eagle Falls, czy prawie 3000m Mt Tallac). Parking położony najbliżej zatoki był w pełni zajęty, dlatego też zmuszeni byliśmy pojechać na parking w okolicy punktu widokowego, z którego można podziwiać zarówno zatokę, jak i okoliczne szczyty. Z powodu wybrania innego parkingu, nie zdecydowaliśmy się na schodzenie do zatoki, gdyż zajęłoby to zbyt wiele czasu.
Wśród turystów na punkcie widokowym spotkaliśmy nawet Japończyków relizujących zapewne wycieczkę pod hasłem "Kalifornia w tydzień". Poprosili mnie o zrobienie im kilku zdjęć. Nie mogłem się jakoś przełamać i sprawdzić moją znajomość Japońskiego w praktyce. Z punktu widokowego widać jak na dłoni Fannette Island, która jest jedyną wyspą na powierzchni jeziora. Na owej wyspie znajdują się ruiny "Tea House" - pochodzenie ani przeznaczenie tego budynku nie jest mi znane. Kolejnymi elementami krajobrazu wartymi uwagi są okoliczne góry, porośnięte niewielką ilością drzew i traw. Góry te wydają się bardzo wysokie i są takie w rzeczywistości, gdyż od powierzchni wody do najwyższego szczytu jest ponad 1000m. W tym miejscu zaczął w naszych głowach rodzić się plan wejścia na najwyższy szczyt w okolicy - Mount Tallac. W bezpośrednim sąsiedztwie Emerald Bay znajduje się sporo campgroundów, te położone najbliżej były jednak zajęte. Dlatego też zdecydowaliśmy się jechać dalej ku informacji turystycznej położonej kilka mil na wschód.
W informacji turystycznej zostaliśmy wyposażeni we wszystkie informacje, tj. mapę okolicznych szlaków oraz campgroundów (wraz z wykazem dostępnych facilities (chyba niedługo zacznę pisać znów po angielsku, bo znów powoli co raz naturalniej mi się posługuje językiem angielskim) i cenami. Ceny wahają się w granicach 15-70$ za noc za samochód. Od panów strażników leśnych dowiedzieliśmy się, iż by wyjść w góry na jeden dzień, należy wypełnić bezpłatny permit u początku szlaku, zaś na nocleg potrzebny jest specjalny permit (o które krucho w sezonie, tym bardziej w weekend). Nie mieliśmy w planach nocowania w górach, więc udaliśmy się do pierwszego lepszego pobliskiego campgroundu. Droga do niego odchodzi od trasy 89 i standardem przypomina wreszcie drogi znane z Polski, czyli jest wąska, kręta i niepołatana. Przy recepcji campgroundu powitał nas napis 'No Vacancy', ale niezrażeni tym podjechaliśmy do okienka check-in'u. Miła pani z obsługi campgroundu powiedziała, że są dostępne jeszcze 4 miejsca, dała nam mapę i kazała pojechać sobie wybrać jedno z tych czterech miejsc. Cena za nocleg za samochód wynosiła tu 20$. Campground położony jest bardzo blisko Fallen Leaf Lake, i pewnie dlatego nazywa się Fallen Leaf Campground. Wybraliśmy miejsce na samym skraju obozu, które położone było najbliżej właśnie wspomnianego jeziora.
Amerykanie zazwyczaj przyjeżdzają na camping jednym-dwoma wielimi samochodami oraz przywożą gigantycznych rozmiarów przyczepę.
Teraz popełnię kolejną dygresję dotyczącą tym razem campgroundów. Przyjeżdzając na campground wnosi się opłatę od samochodu za ilość nocy. W zamian dostaje się całkiem spory sektor terenu, na którym można bez problemu postawić dwa samochody, przyczepę z łodzią oraz gigantyczną amerykańską przyczepę campingową. W naszym przypadku - małego samochodu klasy compact oraz malutkiego namiotu wydawało się to istnym marnotrawieniem miejsca. Każde pole w naszym campgroundzie wyposażone było w wielki zamykany pojemnik do przechowywania żywności (zabezpieczenie przed niedźwiedziami, których tu pełno), palenisko do grilla oraz kran z wodą (ale to nie jest standard, każdy campground ma różne dostępne facilities). Nieopodal znajdowały się równie pancerne co pojemnik na żywność, kosze na śmieci, łazienki oraz prysznice. Na mnie największe wrażenie zrobiło jednak turystyczne wyposażenie Amerykanów. Ogromne przyczepy campingowe, z wysuwanymi dodatkowymi modułami, ciągnięte przez potężne pickupy; bądź też olbrzymie przyczeposamochody, do których z tyłu na sztywny hol przyczepia się właściwy samochód. Taka przyczepa musi zapewnić wszystkie wygody do jakich typowy tutaj człowiek przyzwyczajony jest w domu. Toalety zastaliśmy w stanie czystym, niestety prysznice nie wzbudziły naszego zaufania (było dość brudno, zaś za 3 minuty wody trzeba było wrzucic 4 ćwierćdolarówki), dlatego też skorzystaliśmy później z kąpieli w jeziorze oraz umywalek.
Po zapoznaniu się z campgroundem przeanalizowaliśmy mapki otrzymane w informacji turystycznej i zdecydowaliśmy się wybrać się na plażę. Drogi na plażę strzeże szlaban oraz punkt poboru opłat - tym razem 5$ od samochodu. Na plażę pojechaliśmy o stosunkowo późnej godzinie, dlatego słońce nie prażyło już tak niemiłosiernie. Nie było też tłoczno, bez większych problemów znaleźliśmy drewniany stół i ławki. Przy okazji pogadaliśmy trochę z jakimiś Amerykanami (tak, oni tak mają, sami zaczynają rozmowy z obcymi), którzy znali bardzo dobrze okolicę i podróżowali na rowerach. Wyciągnęliśmy od nich trochę informacji o okolicznych górach i utwierdziliśmy się w przekonaniu, by w niedzielę rano iść na Mt Tallac. Plaża utworzona jest z gruboziarnistego piachu, po którym całkiem przyjemnie się chodzi. Woda była lodowata (zapewne ze względu na rozmiar jeziora i jego gigantyczną bezwładność cieplną), mimo tego zdecydowałem się trochę w niej popływać. Było to kojące doznanie dla mojego zmęczonego dzisiejszym dniem ciała. Jezioro jest wykorzystywane do rozmaitych sportów wodnych i powietrznych, np. narty wodne, skutery wodne, łodzie żaglowe i motorowe, balony, samoloty. Z większości tych atrakcji można skorzystać za odpowiednią opłatą w pobliskim South Tahoe. Ciekawostką są umieszcone na plaży na stałe stanowiska do grillowania, gdzie to Amerykanie mogą sobie urządzać tradycyjne piknikowanie z barbecue. Nieopodal nas jakaś rodzina tonęła w kłębach dymu z rozpalanego grilla. Musi to być niesamowita przyjemność tak się powędzić w taki upał... Po wyjściu z wody i wyschnięciu zostawiłem Ryszarda na plaży i pojechałem rozejrzeć się po okolicy. Wróciłem do punktu informacji turystycznej, który niestety okazał się już zamknięty. Postanowiłem przejść się wtedy króciutkim szlakiem, utworzonym chyba na potrzeby Amerykanów, którzy nigdy nie widzieli lasu. Szlak prowadził przez dość płaski teren z różnymi rodzajami łąk i zarośli, i każdemu z takich malutkich obszarów towarzyszył opis w stylu 'stream', 'forest', 'meadow'. Wyłączając owe napisy szlak prezentował się całkiem ładnie. Następnie udałem się do pobliskiego South Tahoe pożywić się co nieco (gdyż nie miałem już absolutnie ochoty na batoniki zbożowe). Sporą dawkę energii dostarczył mi jakiś kurak i Dr Pepper. Następnie wróciłem po Ryszarda, popodziwialiśmy masywny i wysoki Mount Tahoe i wróciliśmy do campgroundu.
Na miejscu wypakowaliśmy część rzeczy z samochodu (zwłaszcza jedzenie, bo misie lubią demolować samochody) i schowaliśmy je w specjalnym pojemniku. Jako, że do zachodu słońca pozostało jeszcze parę godzin, udaliśmy się na niewielki spacer po okolicy - w kierunku Fallen Leaf Lake. Jest to jezioro znacznie mniejsze od Lake Tahoe, ale mimo wszystko spore (kilka mil długości). Również ono jest ośrodkiem dla sportów wodnych i podobnie jak Lake Tahoe, oblepione jest prywatnymi nieruchomościami. Podczas powrotu do obozowiska napotkaliśmy grupę poruszonych Amerykanów pokrzykujących w naszą stronę informację o niedźwiedziu z naszej lewej strony. Początkowo myśleliśmy, że żartują, jednak z ich min i biegania z aparatami, okazało się, iż w rzeczy samej, na drzewach obok których ot tak sobie prześliśmy siedziały dwa niedźwiedzie. Nie zrobiliśmy zdjęcia, bo światło było słabe, dodatkowo misie siedziały wysoko, a nikt nie miał ochoty podejść i je zrzucić z drzewa (my byśmy wtedy stali w oddali i robili zdjęcia pożeranych Amerykanów). Najbardziej rozbroiła nas matka, która od obozu biegła z rocznym dzieckiem na rękach, by pokazać mu jego pierwszego w życiu niedźwiedzia. Nie zrażeni niedźwiedziami udaliśmy się do campgroundu (jakieś 50m od misiów), a następnie do swojego sektora (kolejne 100m). Rozstawiliśmy namiot i poszliśmy spać. Samochód podstawiliśmy blisko namiotu, tak na wszelki wypadek...


Post new comment